W TYM SAMYM CZASIE W TYM SAMYM DNIU

Stara siedziała w oknie. Wyglądała czy mąż już wraca. Nie lubiła kiedy wychodził z domu na długo. Denerwowała się, że znów zaczepią go ci podwórkowi pijacy i wyciągną od niego pieniądze. On był taki łatwowierny, a te pasożyty, co cały dzień nie robią nic poza wyciąganiem pieniędzy od porządnych ludzi i piciem, znów go zmanipulują swoją gadką, bo gadane to oni mają.

Od dawna ich obserwowała. Nie podobali się jej. Pomijając ich sposób na życie, który oczywiście był dla niej niedopuszczalny i go nie cierpiała, to niepokoiło ją coś jeszcze. Ten Kurta. Wiedziała, że chłopak ma taką ksywę od męża. Poza tym wszyscy sąsiedzi go znali, niekoniecznie znali jego ksywę, ale białą całoroczną kurtkę, z która nie rozstawał się nawet latem kojarzyli chyba wszyscy. I to raczej źle. Właściwie tylko i wyłącznie źle. Kurta był całe dnie pijany przepity, brudny i śmierdział. Jak jakiś bezdomny, jak jakiś lump. A podobno jest wykształcony i pracę nawet miał. Informatyką się zajmował, komputery naprawiał i jakieś aplikacje robić umie. Niby pijaczyna, ale jednak coś tu nie grało. Bo po co się tak zapijać jak można żyć normalnie. Stara nie rozumiała czemu tak się dzieje. I podejrzewała, że w życiu chłopaka musiało się wydarzyć coś, co spowodowało, że zrezygnował z życia. Bo to co całe dnie wyrabiał to była jakaś wegetacja.

Ale właściwe co ona się martwi? Co jej do tego? Swoich spraw nie ma? Ech. Takie to tam siedzenie w oknie bez celu. Lepiej będzie jak się zajmie czymś pożytecznym. O, może guzik do spodni przyszyje, bo odpadł. Nie ma co w tym oknie siedzieć. Myślenie nad życiem pijaków to nienajlepsza rozrywka dla starszej osoby. Siedzi w oknie, obiad niegotowy a zaraz Stary przyjdzie i jeść będzie krzyczał. Bo Stary ostatnio ma apetyt. Może dlatego, że ciągle zimno w domu i na zewnątrz i jakoś nie ma czym się zająć. Taki już problem starszych ludzi. Cały dzień wolny i tylko zajęć pożytecznych brakuje ciągle. Stąd głupoty jakieś do głowy przychodzą i myśli krążą w niebezpiecznych rejonach. I tyle się pytań pojawia…..

TEN SAM DZIEŃ. POD KLATKĄ

- Jaro, dzień jest dziś do dupy. Kasy nie mam i w ogóle jakiś taki ten dzień nijaki. Słońca nie ma, bo jak by było to by się człowiek trochę ogrzał. Lepiej by się poczuł. Bo dziś źle się czuję, chyba wczoraj zjadłem coś podłego i teraz kichy mnie bolą – powiedział Kurta, który faktycznie nie wyglądał tego dnia najlepiej. Co prawda w jego przypadku dobry wygląd był chyba tylko ciągle niespełnionym marzeniem, które nie miało szansy na urzeczywistnienie, bo mu jej Kurta nie dawał.
- Ty, Kurta, a może to złe samopoczucie to taki bo teraz jakaś grypa na osiedlu jest… taka, no…jelitowa czy coś ? – próbował zbadać problem Pimpek, który pojawił się w trakcie rozmowy.
- No, może być. Tego podobno bez kielicha nie idzie wyleczyć. Wódka z pieprzem jest dobra na tą chorobę, i w ogóle wódka jest dobra na wiele rzeczy… – Kurta zachichotał. Pimpek mu zawtórował. I jakoś od razu weselej się zrobiło.
- Z pieprzem czy bez dobra jest! – zaśmiał się Pimpek i od razu zrzedła mu mina. – My dziś żadnej nie mamy a pić się chce.
Rozejrzał się po reszcie i zauważył, ze mają to samo pragnienie co on. Pragnienie napicia się czegokolwiek oby było alkoholem.
- Dobra chłopaki, chcemy pić musimy działać – wykrzyknął Kurta i sięgnął do kieszeni – tutaj jest złotóweczka na szczęście. Żeby się nam dziś dobrze rozmnożyła. No to kto da coś jeszcze?
Reszta zaczęła bezskutecznie zaczęła grzebać po kieszeniach. Niestety, poza kapslami po piwie nie znaleźli nic oprócz 5 groszy. Ale to zawsze już coś na dobry początek. Oby dalej było tylko lepiej.
- O, patrzcie, idzie sąsiad. Kurta, zagadaj z nim, o zdrówko spytaj, o zdrówko żony i psa…
- On nie ma psa.
- To tylko i jego i żony. Może przy okazji poratuje 2 złotymi. On cię chyba trochę lubi. Hehe. Dobra, dawaj. Pić chce, przypominam.
-Ale…
- Przestań Kurta, ja na siebie biorę następnego sąsiada. Teraz dawaj! – powiedział Pimpek i lekko pchnął Kurtę do przodu….

BILET WSTĘPU NA WESELE U RODZINY

Zaproszenie na wesele było. Na spotkaniu rodzinnym dowiedzieliśmy się, że do koperty trzeba włożyć tyle, żeby koszt za osobę (gościa) się zwrócił, czyli przynajmniej tak modną dziś kwotę 500 (plus).
Chciało by się powiedzieć „klient nasz pan”, ale nie do zapotrzebowania klienta było nam dane się dostosować, ale omawianej już na łamach bloga cioci L.

Nadszedł czas przygotowań. Spełnianie życzeń i zamarzeń Pary Młodej, nawet najbardziej w naszym pojęciu absurdalnych. Przyjęliśmy je jednak do wiadomości. Czasem dyskusja jest zbędna. Nie dyskutowaliśmy. Wykonaliśmy gonitwę z wywieszonym ozorem to tu to tam, byle zadaniom sprostać. I sprostaliśmy. Na 100% sprostaliśmy, a jakże!
Do wesel mamy podejście mniej więcej takie jak do zadań, które wykonać trzeba czy się chce czy nie chce. Trzeba było więc pójść. To poszliśmy.

Nie nam oceniać wesela. Jako bywalcy sporadyczni nie mamy do tego prawa, więc go sobie nie damy i oceny nie będzie. Zresztą, kto by chciał czytać jakieś marudzenia.

DZIEŃ PIERWSZY POCZĄTEK

okno

Dzień pierwszy

To nie był dla niego dobry dzień. Czuł to od rana. A jednak nie miał czasu się nad tym zastanawiać, kiedy wstał po nieprzespanej w większości nocy i dręczącym omamami poranku. Podskórnie wyczuwał, że sprawy nie potoczą się po jego myśli chociaż bardzo chciał żeby było inaczej. Była już dziesiąta godzina, więc musiał się wziąć w garść żeby zdążyć na spotkanie. Wolałby się na nie nie spóźnić. On przecież nie będzie czekał. On nie czeka na nikogo.
Wstał z łóżka, poszedł do kuchni nastawić ekspres do kawy. Lubił rano wypić mocną kawę, zapalić papierosa i chwilę jeszcze posiedzieć i pomyśleć. Poukładać sobie na spokojnie plan dnia. Dziś jednak było inaczej. Bardziej nerwowo. Dlatego nastawił ekspres a sam poszedł wziąć szybki, chłodny prysznic. Dziś potrzebna mu bardziej orzeźwiająca pobudka.

To miejsce, w którym byli umówieni…Nie lubił go. Nie chciałby tam znaleźć się w nocy, ale i za dnia nie czuł się tam bezpiecznie. Dziś szczególnie nie chciał tam być. Ale nie miał wyboru. Tamten lubi to miejsce. Było odpowiednie. Zresztą, nigdy nie umawiali się w innym. Nie da się nic zmienić. Nie zmienia się planów takich twardzieli jak On. Jedyne co można, to się dostosować.

Kiedy był już gotowy do wyjścia z domu na chwilę usiadł na taborecie w kuchni przy oknie. Pomyślał, że pogoda tylko podkręca jego kiepski stan psychiczny. Był koniec października. Robiło się coraz chłodniej a słońce ostatnio świeciło ze dwa tygodnie temu. Nie zapowiadało się, ze ma być inaczej właśnie dziś. Nie zapowiadało…
Wyszedł z klatki. Nagle poczuł przenikliwe zimno. Zapiął kurtkę i nałożył na głowę kaptur od markowej, czarnej bluzy. Na osiedlu trzeba mieć dobre ciuchy, które są drogie albo chociaż na takie wyglądają. Dlatego robił wszystko żeby je mieć. Duże zachmurzenie zapowiadało deszcz. Miał nadzieję, że załatwi sprawę zanim zacznie padać. Chyba, że On będzie chciał chwilę pogadać. Tylko, czy oni mają o czym gadać? To chyba nienajlepszy czas na rozmyślania. Jest godz. 10.56, trzeba iść. Dojście tam zajmuje jakieś trzy minuty, więc na razie wszystko pod kontrolą.

Kiedy przechodził koło następnej klatki minął go pędzący po chodniku rowerzysta. Jechał tak szybko, że o mały włos a byłby go potrącił, co Marka D. rozdrażniło jeszcze bardziej. Przeklął tylko w myślach i poszedł dalej. Zostały dwie minuty. Godzina zero zbliżała się nieuchronnie. Przyspieszył więc i za chwilę był na miejscu.
Jego nie było. Postanowił zapalić papierosa. Wyjął prawie pustą paczkę z kieszeni dresów, przeliczył i stwierdził, że z paleniem się na razie wstrzyma. Chwilowo nie stać go na fajki, ale jak przyjdzie On i zapłaci za to czego od niego chciał będzie dobrze.
Ale na razie go nie było. Minęło już 5 minut, a tamten się nie pojawił. Dlatego Marek D. zaczął nerwowo spacerować.

Coś leżało za drzewem, wyglądało jak but, ale w tym miejscu to nie było dziwne. Tutaj często walały się specyficzne śmieci. I nikt tego nie sprzątał, no chyba, że bezdomni, im mogło się przydać coś, co inni zostawili w tym niewielkim osiedlowym lasku. Nie miał ochoty sprawdzać. Był zdenerwowany, tym bardziej, że nawet nie mógł sobie zapalić. A palenie zawsze trochę go uspokajało.

ŻYCIE Z ALKOHOLIKIEM

alko

Życie z alkoholikiem jest ciężkie. Bardzo ciężkie dla…alkoholika. Naprawdę nie wiem jak oni to wytrzymują, ale jestem pełna podziwu. Mówię zupełnie szczerze! Jak budududu!

Jak można znieść babę, która w porze obiadowej podaje obiadzik z dwóch dań. Jak chora chyba. Jebnięta schizofreniczka! Jak jeść przed piciem? W ogóle, co kurwa ten obiad niedzielny? Jakieś babskie wymysły.

Oj, kobieto! Nie szalej! Daj żyć człowiekowi. Daj się spotkać z kolegami – przyjaciółmi. Piwko obalić jakieś, wymienić spostrzeżenia na ważne osiedlowe tematy. Facet musi wiedzieć co się na dzielni dzieje, a nie z babami jakimiś gadać będzie.

Wyluzuj!

Normalny facet nie ma na to czasu.
A ta jeszcze będzie wyjeżdżać z tekstami: „to może być herbatkę, soczek naturalny wyciskany w pomarańczy, greifruta i imbiru by wypił, ziółka jakieś żeby wątrobę podreperować, co?….”
Jak ona marudzi, taka przyziemna jest, nudna taka… Pogadać z nią nie ma o czym!
Oj, ciężkie życie alkoholika, jak widzicie. Po prostu aż szkoda człowiekowi gadać. Lepiej piwka by się napić. O tak! Piwko zimne. To ja lubię!

Trochę od tej baby luzu czuję wtedy. A w sumie to pod sklep idę. Kolegów-przyjaciół spotkam. Postoimy pod sklepem, potem może jakąś klatkę wybierzemy. Pod klatką postoimy. To jest życie!
Nudy nie ma!

No chyba, że alkoholu nie ma. To wtedy trochę jest.

No ale wtedy człowiek taki kreatywny się staje i na chatę do kogoś, kto alkohol ma pójdzie. Albo sobie przypomni, że kiedyś tamten piwo dostał to teraz odwdzięczyć się musi. Coś się zawsze skołuje. Nie ma krzywdy!

Tylko żeby jak na później do siebie na chatę zejść. Albo żeby być chociaż tak najebanym żeby starej nie słyszeć. Nie słucham jej co prawda, ale zrzędzi to to i spać przeszkadza. Jeszcze się rzuca do człowieka. A tu po całym dniu takie zmęczenie, ze tylko się położyć i spać.

Pospać też lubię! No!

Kto to w ogóle te baby wymyślił. Jeszcze na początku znajomości to spoko. Można tam ten teges. Hehehe…

Ale potem to już nie można znieść babska. Czepia się o wszystko! O pieniądze, pracę, wygląd człowieka. Nerwy wtedy tak biorą, że….ręce to słabo można powtrzymać żeby jadowitej mordy nie rozpłaszczyć.

Będzie mi taka mówiła co mam robić. Baba głupia, facetowi będzie rozkazywać. Panoszyć się! A won z nią!
Niech wypierdala, bo jak nie to w łeb!

I jak tu się nie denerwować. I jak się nie napić! No jak?
Jak takie się w życiu piekło ma!

Do chuja z takim życiem.

Naprawdę lepiej się zachlać, niż tak żyć!
O, dobrze, Gucio sms-a wysłał żeby iść do niego na chatę. Spoko, mam kilka butelek po piwku, to jeszcze plecak i fajki znajdę i wypierdalam z tego domu w pizdu….

ŚWIĄTECZNE PREZENTY – OPOWIADANIE

prezent

To taki krótki grymas twarzy. Niezadowolenie, którego nie chcemy dać po sobie poznać. Taki uśmiech, który chcemy wywołać na twarz, ale nic z tego nie wychodzi. I gęste przełykanie śliny, bo ogólnie chcielibyśmy nawet coś powiedzieć, ale słowa grzęzną w gardle. I nawet coś mówimy. Ale potem sami nie pamiętamy co mówiliśmy.
Prezenty świąteczne.

Te, które dostajemy, chociaż to nie ich oczekiwaliśmy.
No niby nic takiego. Nie ma sprawy. To tylko prezent. Przecież to wcale nie jest takie ważne. No właśnie. Nie ważne. Ale też jakieś niemiłe, chociaż ktoś chciał żeby miłe było.

I atmosfera gęstnieje.

I już wiadomo, ze prezent nietrafiony.
I już wiadomo, że jest problem, chociaż przecież niby to nie problem.

Cholera! Cholera jasna!

Zmiana tematu, zmiana klimatu, próba zmiany kwaśnej miny.
Trzeba się ogarnąć. To tylko prezent. Może wziąć głębszy oddech, pomyśleć pozytywnie, o czymś innym pomyśleć. Po prostu.

No bo to przecież proste….Powinno być proste!
To idiotyczne. Głupota tak myśleć. O prezencie. Że to nie tak…

Cholera!

Jestem dorosły a martwię się jak dziecko, albo jak baba jakaś.
Ale swoją drogą, jak mogła nie wiedzieć… Nie rozumiem, dawałem znaki, mówiłem…
Ok! Chciała żeby było praktycznie. Żeby się przydał na co dzień.

Ale do czego się przydać ma?

Chyba, że jej ma się przydać. Jej zrobić lepiej że mnie kupiła. Go. Jego. Jemu. Mnie.
Mnie.
Dla mnie.

Może???

PRZYSZŁA WIOSNA, JAKIŚ PROBLEM?

Wiosna

W końcu jest, nadeszła. WIOSNA! No i fajnie – jak mówią w jednej reklamie. Ale… No właśnie, jest parę tych „ale”.

Po pierwsze pogoda
– ciągle pozostawia wiele do życzenia. I przyroda jeszcze jakby zimowa bardziej niż wiosenna. Ale miejmy nadzieję, że zacznie się zmieniać na lepsze już szybko i coraz częściej czuć będziemy na sobie słoneczne promienie, których mamy od kilku miesięcy poważny deficyt. Dość mamy już pogody: szarej, deszczowej, depresyjnej, byle jakiej po prostu. Dość mamy siedzenia w domach, permanentnego niedotlenienia i dotkliwej niechęci do działań.

Po drugie – nasz blady wygląd. Trochę trzeba będzie nad tym popracować zanim zaczniemy nosić koszulki na krótki rękaw i letnie sukienki. Warto zacząć od picia większej ilości wyciskanych soków z warzyw i owoców, szczególnie na bazie marchwi. Pohamowanie apetytu i większa ilość ruchu też będzie naszym sprzymierzeńcem. No ale dla chcącego nic trudnego!

Po trzecie – wygląd otoczenia. Po zimie nasze osiedla, skwery, parki wyglądają mało zachęcająco. Puszki, butelki, stare kartony, psie odchody i jeszcze powycinane ostatnio drzewa tworzą typowo „swojski”, polski krajobraz. Jest brzydko! A miało być tak pięknie!
W końcu przyszła przecież wiosna!

A to podobno najpiękniejsza pora roku!

Przy okazji – dziś światowy Dzień Poezji, z tej okazji dla Was wiersz Wisławy Szymborskiej, którego dzo dziś nie znałam:

„Cebula”

Co innego cebula.
Ona nie ma wnętrzności.
Jest sobą na wskroś cebula
do stopnia cebuliczności.
Cebulasta na zewnątrz,
cebulowa do rdzenia,
mogłaby wejrzeć w siebie
cebula bez przerażenia.

W nas obczyzna i dzikość
ledwie skórą przykryta,
inferno w nas interny,
anatomia gwałtowna,
a w cebuli cebula,
nie pokrętne jelita.
Ona wielekroć naga,
do głębi i tympodobna.

Byt niesprzeczny cebula,
udany cebula twór.
W jednej po prostu druga,
w większej mniejsza zawarta,
a w następnej kolejna,
czyli trzecia i czwarta.
Dośrodkowa fuga.
Echo złożone w chór.

Cebula, to ja rozumiem:
najnadobniejszy brzuch świata.
Sam się aureolami
na własną chwałę oplata.
W nas – tłuszcze, nerwy, żyły,
śluzy i sekretności.
I jest nam odmówiony
idiotyzm doskonałości.

KIEDY NIE MA NA NIC SIŁY I CIĄGLE CHCE SIĘ SPAĆ

sleep

Przyznam się Wam, że ostatnio nic mi się nie chce. I tak jest co roku o tej porze, kiedy z utęsknieniem czekam na wiosnę. Chcę słońca, wody i powietrza. Tak, właśnie tych żyjących żywiołów. A co mam? Śnieg z deszczem, szarą ponurość i ….nic mi się nie chce.

Ale ileż można. Kiedyś trzeba skończyć tą zimową ciszę i zastój w umyśle i trzewiach. Koniec ze sztucznymi pomidorami i ogórkami. Czas na nowalijki, które nie są może zbyt zdrowe, ale dają nadzieję na to, że czas kiedy będzie cieplej nadchodzi i świat budzi się do życia.

Jeszcze kilka dni na śpiochu a potem pobudka!

Teraz jest najgorzej, bo teraz jest czas przesilenia. Nie wiadomo ile to potrwa ale trzeba walczyć. Bo walka to życie. Wyspać się, odpocząć, nasycić witaminami (jakie są dostępne? Tylko sztuczne?) i trochę poruszać na świeżym powietrzu, na podwórku burym, albo na basenie i w saunie. O tak, sauna się przyda na pewno. Toksyny to coś czego należy się pozbyć. I to jak najszybciej!

Znów zaszyć się pod kocykiem i czytać?

No, to akurat zawsze warto. Wieczne zaległości w czytelnictwie dopadają o każdej porze roku. I znów walka! No bo co wybrać? Nie, inaczej… Co wybrać w pierwszej kolejności?
Mroczny kryminał cały czas na czasie. Ale na snucie podróżnicze już też smak człowieka nachodzi. (ach, ta Australia!). Może jakiś horror? Mhm, może zbyt odważnie? Ale dreszcz emocji nie jest taki zły…

Bo ja wiem? Chyba czas żeby zrobić konkretny balans pomiędzy wypoczynkiem a rozrywką. Przerwą od pracy, od codziennych zadań, rytmu, tempa, dobrego zorganizowania.

Może chodzi o bałagan, chaos, wyluzowanie absolutne. Aż do osiągnięcia do poziomu nudy? Zwinięcia się w kilka warstw kołder, poduszek i kocyków i przespanie tego czasu?
Może właśnie o to chodzi. Teraz. W okresie przejściowym, który chyba nie przypadkiem jest taki w przyrodzie: niedookreślony, trochę nieobecny, w próżni, bez konkretnego celu, wygaszony i spokojny.

Ale skąd w ogóle taki pomysł?

Przecież to nie są wakacje ani urlop. Taka przerwa znikąd. Przerwa konieczna na naładowanie sił. Bo siły już zaraz będą potrzebne, bardziej niż teraz. Dlatego teraz trzeba się o nie postarać, trochę odpocząć, trochę się rozerwać, oczyścić ciało i umysł (bądźmy zen), zanim przyroda porwie nas w wir życia na nowo.

Kiedy to będzie? Jak ten przystanek stanie się przeszłością a słońce będzie częściej świecić. Tyle, że trzeba jeszcze trochę odczekać. No to mamy poczekalnię. Proszę wsiadać, drzwi zamykać i rozkoszować się tym, co aktualnie jest nam dane. Nawet jeśli to tylko coroczne grymaszenie.

Ps Zdecydowałam się jednak na przeczytanie horroru. Już niedługo opiszę czy gatunek się spisał. Zapowiada się dobrze, bo to horror w wydaniu islandzkim – „Pamiętam cię” Yrsa Sigurdardóttir.