CO NA WALENTYNKI?

Usłyszałam dziś rano w tv, że najlepszym prezentem na walentynki są pralinki. No to kupiłam w prezencie dla niego i dla siebie. Bo kto powiedział, że w Walentynki nie można kupić prezentu sobie. Na Święta też sobie kupuję, więc czemu teraz miałoby być inaczej.

Wszystko to robię z umiarem, bo jakoś szczególnie podkręcać komercyjności świąt nie pragnę. Ani maksymalnie się spłukać też nie chcę.

Ale jakiś akcent musi być!

W końcu Walentynki z zasady są dniem radosnym. I teraz powiecie że nie dla wszystkich. A ja nie do końca się Wami zgodzę.

Bo dlaczego właściwie w tym dniu mamy obdarowywać i być mili tylko dla swojej drugiej połówki? Bądźmy mili dla siebie i osób, które lubimy i kochamy albo znamy. A nawet jak nie znamy a spotkamy to też możemy być mili.
Kupmy bliskim jakiś drobiazg, a jak nas nie stać to zróbmy laurkę, wytnijmy serduszko z papieru albo złóżmy nie zobowiązujące życzenia.

Dziś miałam okazję życzyć na przykład Pani w sklepie mniej marudnych klientów ( bo przede mną zakupy robił maruder wszechczasów), i Pani ekspedientka życzenia przyjęła z uśmiechem szczerym i wesołym. I jakoś sympatyczniej od razu.

Więc zamiast wypinać się na komercyjność i kiczowatość Walentynek sprawmy, żebyśmy czuli się w tym dniu dobrze sami ze sobą i z innymi.

Najlepiej mieć dziś przy sobie kilka serduszek z papieru (serio!), uśmiech na twarzy i dobre słowo dla drugiego człowieka. I jak spotkacie na swojej drodze kogoś bardzo smutnego dajcie mu serduszko. To nic nie kosztuje.
A sprawi, że czyjś dzień stanie się weselszy.

Serio!
Mniej spiny, więcej spontanu!

To powodzenia!

Ps Życzę Wam żebyście dzisiejsze Walentynki przeżyli według swoich planów: na romantycznej kolacji, przy winku w domu, oglądając wesołą komedię, dzieląc się sobą nawzajem. Bądźcie szczęśliwi!

KSIĄŻKI NA ZIMOWE WIECZORY

sliski interes

Zima w tym roku dopisała. Jest już luty, a ona nadal ma się dobrze. Jest śnieżnie i zimno i chociaż dzień jest coraz dłuższy to cały czas mamy długie zimowe wieczory. I to należy dobrze wykorzystać. Co to dużo mówić, dobrze jest wieczorkiem trochę poczytać. U mnie lutowe wieczory czytelnicze zapowiadają się naprawdę dobrze.
Co teraz czytam i od razu polecam, bo już wiem, że naprawdę warto?

Michał Szafrański „Finansowy ninja”

Powoli kończę. Powoli, bo sporo się z tej książki uczę i dowiaduję. Przyswajanie wiedzy musi trwać. Bezapelacyjnie i niemalże rewolucyjnie muszę stwierdzić, że narodziła się nam biblia finansów. Więc kto jeszcze nie czytał albo nie słyszał może być trąba. To trzeba przeczytać zgłębić, przeanalizować i wdrażać w życie. Koniecznie!

Jo Nesbo „Pierwszy śnieg”

To dopiero przedbiegi, ale już wiem, ze będzie dobrze! Nie wiem tylko jak dotąd mogłam pominąć przeczytanie lektury. Jo Nesbo i jej pisarstwo cenię od dawna. Więc to chyba po prostu jakieś niedopatrzenie z mojej strony. Myślę, że szybko nadgonię. A niedługo podobno w wersji filmowej. Tym bardziej nie mogę się doczekać. Oby do jesieni! I zdradzę jeszcze, ze w roli detektywa Harrego Hole Michael Fassbender!

Gregory David Roberts „Shantaram”

Naprawdę wiele dobrego o tej pozycji słyszałam. Zachwyty. Ale nie tylko. Dlatego mnie zaintrygowała i będę czytać. A z objętości wynika, że będzie sporo do czytania. Więc zacieram już ręce na tę przygodę.

Ryszard Ćwirlej „Śliski interes”

Mój ulubiony (fabularnie) okres historii (bo znam i pamiętam) – PRL. Wartka, kryminalna akcja, barwne, wyraziste postaci, szczególnie Teofil Olkiewicz. W PRL-u zbyt wesoło nie było, ale nie ma to jak mistrz absurdalnego humoru Ryszard Ćwirlej. Trzeba przyznać, że w tym aspekcie daje czadu. To lubię!

Aneta Prymaka-Oniszk „Bieżeństwo”

Książka, która czeka na razie w poczekalni (na półce) na swój moment. Jeszcze się przymierzam, bo lektura zapowiada się na niełatwą.

Jak widać moja czytelnia ma się dobrze i trzyma w ryzach. Już nie spowalniam. Biorę się do czytania! Hej.

POLSKA ODWRACA OCZY

trynkiewicz-wasniewska_22460925

Nie wiem kiedy ostatnio tak mocno wstrząsnęła mną książka. Tym razem to stało się na pewno. Na jej kartach zapisane zostały ludzkie historie tragiczne. Nie do wyobrażenia i nie do opowiedzenia. A jednak!

„Polska odwraca oczy” to zbiór reportaży o Polsce współczesnej. O problemach Polaków wykluczonych, samotnych, bezradnych. A właściwie o maltretowaniu tych, nad którymi można mieć władzę absolutną. Justyna Kopińska, autorka książki, nie waha się opowiadać o ludzkich historiach, które przez innych uprzątane są pod dywan. Bo to historie niewygodne. Bo to historie absurdalne. Nie do pojęcia ludzkim rozumem – normalnym. A jednak się wydarzyły.

Pisze teraz bardzo ogólnikowo. Może dlatego, że mnie też trudno zmierzyć się z opisywanym przez Kopińską światem pełnym strachu, poniżenia, ciemnych zakamarków ludzkiej duszy i błędów systemu.

„Nie ma drugiego takiego kraju, gdzie dyrektor zakładu zabija więźnia jak świnię. Tylko w Polsce psychologowie więzienni wystawiają czterokrotnemu mordercy taką opinię, że może wyjść na zwolnienie warunkowe. I nikt z tego nie wyciąga wniosków.” – cytat z książki.

Na wszystkie haniebne czyny opisane w książce ktoś się zgodził: państwo, sądy, społeczeństwo, system. Zgoda i przyzwolenie na zaburzony stan rzeczy i łamanie ludzkiego prawa do życia jest jednym w głównych bohaterów opowiedzianych historii, które przypominam, wydarzyły się naprawdę.
Dobrze, że reporterka wysłuchała tych, których dotąd nikt słuchać nie chciał. Może to dla nich element terapii wyjścia z traumy. Z kręgu zła, przed którym jedyną ucieczką jest śmierć.
Chyba się powtórzę za innymi czytelnikami tej pozycji. Ale to jest naprawdę lektura obowiązkowa. Wiem, że tak się nie stanie, ale tą książkę powinien przeczytać każdy Polak.

Dlaczego?
Żeby się czegoś o sobie dowiedzieć!

OSIEDLOWY CELEBRYTA HISTORIA WYMYŚLONA NA POTRZEBY BLOGA

men

Zbieżność imion, nazwisk, sytuacji oraz osiedla przypadkowa.

Nie wpadła bym na to, że są osiedlowi celebryci, gdyby on sam mi tego nie powiedział o sobie. Tak, to on mi powiedział, że jest osiedlowym celebrytą.

Więc nie wiem czy są osiedlowi celebryci. Wiem jednak, że jeden jest na pewno. Sam wie o tym najlepiej.

Ale do rzeczy.

Co ja w ogóle wiem o celebrytach żeby na ten temat się wypowiadać?
Otóż, mam pewne skojarzenia. Wyróżnia jes osobliwa chęć parcia na tak zwane szkło. A co za tym idzie rozpoznawalność, występy w różnych miejscach, kasa za bycie celebrytą i takie tam…

Kiedyś, żeby być celebrytą trzeba było wykonywać na przykład jakiś prestiżowy zawód: być aktorem, piosenkarzem, artystą jakimś. Dziś wystarczy wystąpić w popularnym programie albo, co gorsza być znanym na przykład z bycia ze znaną osobą lub znanym z tego, że jest się znanym.
Ale do tego już też się przyzwyczailiśmy. Nic specjalnego.


Specjalny to jest celebryta osiedlowy.
Z czego jest znany, że jest znany? Cholera jedna wie.
Ale będę tym razem wnikliwa i sprawdzę czy i czym faktycznie wyróżnia się na tle osiedla-blokowiska.

Fryzurą ?

Nie wiem, czy to żel czy tłuszcz. Tłuste włosy mi się nie podobają. Dlatego myję. Nie wiem czy on też…., Mhm… I tak grzywka. Justinowi Bieberowi pasuje, ale on jest jeszcze młody… A o wiek celebryty nie wypada przecież pytać. Zresztą celebryci są zawsze młodzi. I piękni (koniecznie!).
Czy się wyróżnia? Wyróżnia….

Kurtką ?

Ma taką jedyną w swoim rodzaju, sprowadzoną prosto z USA. Wiem to z plotek. A jeśli z plotek to dobrze bo to znaczy, ze o nim i jego kurtce mówią. Tak, jak o celebrytach. (Trudno powiedzieć czy to takie wyjątkowe, bo o innych osobach na osiedlu też się plotkuje).
Ale niech mu będzie. Trochę się wyróżnia, faktycznie.

Inteligencją

Tego nikt nie potwierdza. On sam swoimi opiniami i zachowaniem też nie. (ale mu o tym nie mówcie, żeby mu nie było przykro, nie chcemy żeby się popłakał z byle powodu).

Podobno

Podobno posiada wiele wartościowych umiejętności. Podobno, bo nie udało się tego potwierdzić w praktyce. A przecież podobno robi wielką różnicę.

Zasada potwierdzająca bycie celebrytą

Otóż tak, jest taka zasada. Robimy test w osiedlowym sklepie. Jak taki celebryta (osiedlowy) wejdzie do sklepu to każda Pani ekspedientka powinna od razu wręcz zachłysnąć się (nie obrażając Pań pracujących w sklepach) tym widokiem. I od razu powiedzieć do celebryty: Ooooo, to naprawdę Pan (panie X) ?

To co, robimy test na naszym osiedlu?

CHCIAŁBYM ĆWICZYĆ JOGĘ ALE NIESTETY NIE LUBIĘ

Zumba

Zacznę może niezbyt motywująco. Niestety, nie trenuję codziennie. Niestety, bo pewnie efekty byłyby lepsze. Ale chyba nie mam aż tyle siły, bo czas jakoś by się znalazł. Tylko czy aby na pewno trzeba ćwiczyć codziennie? Ale o tym potem.

Dzień, w którym trening ma nastąpić to czas kumulacji motywacyjnej.
Tak układam sobie dziennie zajęcia żeby pójść na ćwiczenia do klubu. Niby oczywiste. I proste.
Ktoś powie, ze ma się czym chwalić. Owszem, jest. Kiedyś mi się to nie udawało i po prostu nie wystarczało mi czasu w ciągu dnia ani na relaks ani na ćwiczenia.

W swoim życiu próbowałam już bardzo różnych rodzajów ćwiczeń ruchowych. I tak na przykład:

Joga
Ochota do ćwiczenia jogi kiedyś się u mnie pojawiła. Nawet więcej niż ochota, bo na zajęcia jogi chodziłam przez kilka miesięcy (no może dwa). I co zapytacie? No i (…) nic z tego nie wyszło na dłuższą metę. Bo te zajęcia po prostu strasznie mnie nudziły. Więc ani relaksu, ani zadowolenia, ani wymiernych efektów ćwiczeń.

Tai chi
Mniej więcej to samo, co w przypadku jogi. Wiedziałam, że to nie dla mnie już po dwukrotnym pójściu na zajęcia. Ale wiem, że jest wiele amatorów tai chi, sama widziałam ich ogromne zaangażowanie. Niektórzy lubią. A ja się do tej grupy nie zaliczam. Trudno.

Siłownia
Wielokrotnie korzystałam z możliwości ćwiczenia na siłowni. Szczególnie okazyjnie, kiedy byłam w jakimś miejscu, gdzie można było wejść na salę z przyrządami i trochę nas sobą popracować. Kilkakrotnie kupowałam miesięczny karnet i go w pełni wykorzystywałam. Więc ćwiczyłam. I efekty też widziałam. Siłownia po pewnym czasie zaczynała mnie irytować, szczególnie długie sekwencje chodu na bieżni. No i znów rezygnowałam.

Basen
Uwielbiam wodę, zarówno w naturalnych akwenach jak i tych sztucznych. Pływanie jest wspaniałe. Niestety brak mi mobilizacji żeby regularnie chodzić na basen (przy okazji na saunę, którą uwielbiam). Ale w tej materii widzę jeszcze dla siebie szansę rozwoju.

Aerobik
Ćwiczenia rytmicznie połączone z muzyką. Dynamika, ruch, podwyższony puls, pot i endrofiny. I to są ćwiczenia dla mnie. Dlatego, że bawią mnie i cieszą. A ja nie lubię ćwiczeń, które tylko męczą a zadowolenia nie dają. Owszem, mam się zmęczyć, ale też odciąć od rzeczywistości, nie myśleć tylko się relaksować. I dobrze bawić.

Zumba
Ostatnio to mój aerobikowi konik. Latynoskie rytmy, krótkie, proste, ale satysfakcjonujące mnie układziki taneczne. A ja po prostu czuję odpowiedni flow. Polubiłam i nie muszę się zmuszać do tych ćwiczeń. Czekam na każde następne zajęcia. Działanie samomotywujące. Więc super.

Jestem zwolenniczką teorii, że każdy z nas ma własne predyspozycje ruchowe. Więc lepiej ćwiczyć jest to, co lubimy i w miarę dobrze nam to wychodzi lub dobrze się w procesie danego ruchu czujemy. Jeśli ktoś lubi biegać, niech biega. Ktoś inny lubi grać w piłkę albo kocha wspinaczkę w górach. I to jest fajne. Możliwości jest dużo. Ważne żeby znaleźć coś dla siebie i więcej się ruszać. Im przyjemniej i z pasją będziemy ćwiczyć tym będzie to lepsze dla naszego samopoczucia. A oto właśnie przecież chodzi.
Może nie zawsze najważniejsze jest ile dziennie ćwiczymy, ile się ruszamy. Ważne, żeby samo motywowanie do tego nie zabierało nam więcej czasu niż sam ruch.

A dla tych, którzy nie potrafią wybrać sobie odpowiedniej metody ruchu albo nie zamierzają ćwiczyć mam też kilka pomysłów:

Chcesz jechać do sklepu autem? Wysiądź i przejdź się pieszo.
Miałeś zamiar jechać windą na 8 piętro? Wejdź po schodach.

Nie poddawaj się!
Przejdź się na targ, posprzątaj mieszkanie, umyj okna, pobaw się z dzieckiem, wyjdź z psem na spacer ….. przykłady można wymieniać. Chodzi o to żebyś spalał nadprogramowe kalorie i po prostu się ruszał. Bo samo siedzenie na fotelu przed telewizorem (z chipsami, o rety!) ci tego nie da. Rusz się! Dobrze ci to zrobi!
Trzymam za Was kciuki. Hej!

SUBIEKTYWNIE O KILKU FILMACH KTÓRE OSTATNIO OBEJRZAŁAM

Film

Zacznę od tych filmów, które w moim rankingu wypadły najgorzej. I tak najgorszym filmem według mnie jest…..

DZIEWCZYNA Z POCIĄGU

Książkę (pierwowzór filmu) autorstwa Pauli Hawkins przeczytałam w dwa wieczory, można więc powiedzieć jednym tchem. Nie dla tego, że była aż tak dobra, ale dlatego, że czytało się to szybko i wstępnie historia Rachel mnie wciągnęła. Potem było trochę gorzej, bo znałam już odpowiedź na kluczowe pytanie kryminału: kto zabił, ale z rozpędu i tak przeczytałam do końca.
Trochę dziwił mnie wtedy oszałamiający sukces książki, ale zupełnie nie zdziwiło mnie, to, że powstanie jej ekranizacja. To w dzisiejszych czasach normalna kolej rzeczy.
Film powstał. I owszem, byłam ciekawa jak poradzono sobie realizacją wizji autorki książki.
Niestety, słaby scenariusz, problem z tempem filmu, słabizna historii (jeśli ktoś nie czytał książki, to nie wiem czy zrozumie o co w ogóle chodzi) padająca narracja i koszmarne aktorstwo oparte na jednym podstawowym środku wyrazu, czyli płaczu w różnych mało wyrafinowanych wariantach, zmusiło mnie do przerwania oglądania „dzieła” po 40 minutach. Absolutnie nie zamierzam oglądać reszty. Nudzić mogę się i bez dalszego ciągu, tylko po co? Lepiej w tym czasie zrobić coś bardziej interesującego.
Tego filmu nie polecam. Nie wiem jak inni. Może komuś się podobał…..

piknik 2

OK, teraz będzie już tylko lepiej !

PIKNIK Z NIEDŹWIEDZIAMI

Komedia. Może nie zawsze super śmieszna, chociaż trochę zabawnych momentów się znajdzie. Ale za to komedia z przesłaniem. Powiedziałabym, że to taka komedia motywacyjna. Dobra dla tych, którzy mają problem z pytaniem czy aby na pewno warto coś zmienić w swoim życiu, sprawdzić się, dać się porwać przygodzie za wszelką cenę. Może nawet cenę życia? Życia, które dając nam porządnego kopa daje też szansę na doznania, które długo i dobrze będziemy pamiętać. „Piknik z niedźwiedziami” to w pewnym sensie klasyka amerykańskiego gatunku filmowego – kina drogi. Ale tym razem drogi przebytej pieszo a nie pick-upem. No i dawno nie widziany na szklanym ekranie Robert Redford i Nick Nolte w brawurowych rolach. Warto obejrzeć i dla aktorów i dla trochę sentymentalnego przesłania i atmosfery filmu i krajobrazów Appalachów, które zapierają dech. Miła, zabawna, bardzo ludzka historia. Polecam. Bo miło z „Piknikiem” spędziłam czas.

sąsiad

SĄSIAD (The Neighbor 2016)

Missisipi. Dom na odludziu. Ukrywający się kryminalista z dziewczyną, który chce uciec z miasteczka. Dziewczyna nudzi się i zaczyna podglądać sąsiada…….
Film Marcusa Dunstana twórcy takich produkcji jak „Piła”, „Pirania” czy „Krwawa uczta”. No cóż reżyser i tym razem nie zawiódł. Jest dreszczowiec, kino grozy, kryminał i horror w jednym. Nie chcę wam nic więcej opowiadać bo myślę, że musicie sami obejrzeć. Szczególnie jeśli lubicie takie klimaty!

Suburra

SUBURRA

Jeśli lubicie opowieści o mafii i gangsterskich to Suburra jest pozycją obowiązkową. Jeśli nie, to też warto obejrzeć. Bo to po prostu bardzo dobre kino rodem z Włoch. Suburra, to co prawda, historia zbudowana z bardzo wielu wątków i początkowo wydaje się, ze można się w tym wszystkim pogubić. Ale każdy z nich przedstawiony jest z dużą precyzją i ogromną dawką emocji. Więc szczęka opada a napięcie trzyma. Jest groźnie, bo w tym świecie nikt z niczym i nikim się nie liczy. Są zasady. Ale są też brutalni mordercy. Wielka polityka, wielkie pieniądze, wielkie problemy. Czyli klasyka gangsterskiego kina. Ale jak ukazana! Bo reżyser (wcześniej reżyserował serial „Gomorra) potrafi dawkować napięcie, na przemian wkurzając i wkurwiając widza. Potrafi też opowiedzieć historie, które znawców kina gangsterskiego nie powinny niczym dziwić w sposób niestandardowy. W sposób, który poraża i jeszcze długo nie daje zapomnieć tej dziwnej atmosfery filmu.

JESTEM MORDERCĄ

Jestem pod ogromnym wrażeniem polskiego kina od kilku lat. Zawsze byłam jego fanką, ale nie zawsze skutecznie. Były w jego historii momenty gorsze. Ale te chyba już za nami. Obejrzałam kolejny fantastyczny polski film „Jestem mordercą”.
Ten film podoba mi się z bardzo wielu powodów. Rewelacyjnie ukazane cechy charakterystyczne PRL-owskiego krajobrazu codziennego poprzez świetną scenografię, rekwizyty, kostiumy i zdjęcia filmu. Żyłam w czasach PRL-u, co prawda jako dziecko, więc pewnie nie wszystko pamiętam (kożuchy akurat tak) albo potrafię precyzyjnie odtworzyć w wyobraźni, ale oglądając „Jestem mordercą” poczułam się jakbym przeniosła się w czasie bo to, co oglądałam wyglądało bardzo znajomo. To robi wrażenie!
Ale ważniejsza jest tu opowiedziana historia. Thriller bowiem inspirowany jest prawdziwymi wydarzeniami z początku lat 70-tych kiedy śląski „Wampir z Zagłębia” zabił kilkanaście kobiet, planując morderstwa kolejnych.
Tyle tylko, że film bardziej niż na mordercy skupia się na historii milicjanta, który sprawę słynnego Marchwickiego prowadzi. Czołowym dylematem staje się pytanie: czy walczyć o sprawiedliwość i prawdę czy o intratną posadę, zaszczyty, pieniądze, władzę?
Dylemat moralny, problem sumienia. Czy da się go zapić wódką? To nie takie proste. Bo „Jestem mordercą” to nie jest prosta historia. To przypowieść o winie i karze. A to z zasady jest bardzo skomplikowane.

PIĄTEK TRZYNASTEGO

WP_20150524_006

Z okazji trzynastego w piątek dziś swoją historię opowie Wam mój kot. Czarny kot. Mrauu

Całkiem poważny wywiad z Czarnym Kotem po powrocie z San Escobar albo z podwórka

Słyszałam, że jesteś bardzo rozpieszczonym kotem?

Tak. Podobno tak mocno, jak kot Alik. Hehehehe

Podobno odwiedziłaś San Escobar. Co spakowałaś na wyjazd?

W pudełko od wujcia zapakowałam chrupki i saszetki w galaretce. Stwierdziłam, że mogą być.

Jak było na San Escobar?

Nie wiem. Jestem kotem. Mam pamięć krótkotrwałą. Co zobaczyłam to zapomniałam.

To Ty w ogóle wiesz gdzie byłaś?

Trudno powiedzieć.


Poniżej relacja z wyjazdu

WP_20160820_130

Byłam zdeterminowana żeby jechać

WP_20160824_15_00_21_Pro

Podróż nie była łatwa. Nie wiadomo było gdzie czai się wróg.

WP_20160824_15_00_34_Pro

Ale poszłam dalej w dal…

WP_20160824_15_01_04_Pro

Jak już dotarłam nie byłam zbyt rozentuzjazmowana. Nuda!

WP_20160824_15_01_27_Pro

Pomyślałam: wracam!

WP_20160824_209

Jak dobrze było znów znaleźć się na znajomej klatce.

WP_20161201_008

I na pledzie, który moja Pani kupiła sobie. Ale tylko ja korzystam.

WP_20170107_036

I w czystej pościeli. Przed telewizorem.

WP_20170107_043

O, tutaj, ja! Z puszką od wujcia. Jak Wam się podoba(m) ?

WP_20170108_01820170108144352

Hehehehe… To był mój Skok na głęboką wodę! Następny planuję w lutym.

TU TEŻ JEST POLSKA ALBO TYLKO TU

WP_20170106_007

Dziś będzie krótko ale na temat.

Polska to piękny kraj. Przynajmniej tak się mówi. Od morza do Tatr. I w sklepie polskim, też, jak polski alkoholik butelki polskie po alkoholu oddaje i o nowe prosi. Butelki. I jeszcze kilka butelek z plecaka wyjmuje, na ladę kładzie. A potem kilka znów. I jeszcze o maskotkę prosi.
Co?
O maskotkę…

Nie wiem ja, nie wie ekspedientka o jaką maskotkę chodzi. W oparach, smogu i polskich alkoholowych wyziewach. Bardzo polskich. Bardzo zamroczonych.
Ten jeszcze o raz maskotkę zieloną prosi. „Takie papierosy Pani poda”
„Ale jakie ?”
„Maskotkie takie”….

I już nie chce mi się stać w polskim sklepie po chleb powszedni. I wychodzę ze sklepu, jego atmosfery dusznej, w pogodę nieprzyjemnie polską. Ale polską przecież.

I brnę w brei do sklepu następnego po chleba bochen. I jaki ten dzień polski narodowy się dla mnie staje. Jak zimnem, smrodem i smogiem do szpiku kości ….

I co to kurwa jest?

Polska nasza. Polaków Polska. Nie trzeba mapy. Bo tu właśnie jest Polska. Poznaję. Bez mapy, GPS-a, kompasu. To tu!
Tu Polska prawdziwa, kochana, zachlana, nieprzytomna, niejarząca, ale …kogo to obchodzi?

A znów mnie to nie przeszkadza. Dzień bez chleba sobie zrobię jak się uprę. Zdrowiej będzie. Bez pustych kalorii tuczących, zapychających i podnoszenia poziomu cukru. Wystarczy, że już ciśnienie mi się podniosło. Na jedno wyjście do polskiego sklepu wystarczy. A ja muszę myśleć pozytywnie. I realizować plany.

Plan na dziś – nie mam chleba, nie jem chleba.
A na jutro?……………….

Polska to realne kształty, widoki, zapachy i emocje. Dzielimy się tym z innymi, którzy mają do tych kształtów, widoków czy emocji równe prawa.
Może tylko inne potrzeby.

Musimy sobie z tym dać radę. Bo przecież to jest właśnie Polska. Taką kochać mamy.

Ps

I mam jeszcze takie pytanie:

Czy Zenek Martyniuk nie mógł by śpiewać na San Escobar zamiast na okrągło u moich sąsiadów ?

PRZEPIS NA OBIAD DLA ZAPRACOWANYCH

WP_20170111_019

Dziś coś na szybko. Szybko zrobić a zjeść już we własnym tempie. No dobra. Jeśli mamy na gotowanie tylko 15 minut, to też zdążymy. Musicie mieć w domu kilka produktów:
Ziemniaki
Filet kurczaka
Fasolkę szparagową (o tej porze roku mrożoną)
Warzywa w słupkach

WP_20170111_003

Na ogół to danie robię z białym ryżem. Ale dziś miałam straszną ochotę na ziemniaki. Może wzrosło mi zapotrzebowanie na potas i magnez, albo witaminy z grupy B?

Ziemniaki gotuję w skórkach. W całości. Bo takie są lepsze. Przynajmniej ja tak uważam. A poza tym mają podobno o wiele więcej wartości niż obrane.

No to gotujemy

Fasolka na rozgrzaną patelnię z odrobiną oleju. Smażymy mieszając. Dodajemy warzywa w słupkach do smaku. Smażymy mieszając. Następnie wrzucamy pokrojoną pierś z kurczaka. Smażymy ok. 10 minut. Dodajemy sól, pieprz, trochę słodkiej papryki. I potrawa jest gotowa.

WP_20170111_006

WP_20170111_011

Nakładamy na talerz razem z pokrojonymi ziemniakami w mundurkach.

Zabiegany styl życia, praca, obowiązki wymagają od nas upraszczania posiłków, co nie znaczy, ze mamy jeść niezdrowo i niesmacznie. Jeśli ktoś lubi jeść dobrze, zdrowo i przede wszystkim wiedząc co je, znajdzie czas na kulinaria. W końcu to tylko 15 minut.

WP_20170111_015