DZIEŃ PIERWSZY POCZĄTEK

okno

Dzień pierwszy

To nie był dla niego dobry dzień. Czuł to od rana. A jednak nie miał czasu się nad tym zastanawiać, kiedy wstał po nieprzespanej w większości nocy i dręczącym omamami poranku. Podskórnie wyczuwał, że sprawy nie potoczą się po jego myśli chociaż bardzo chciał żeby było inaczej. Była już dziesiąta godzina, więc musiał się wziąć w garść żeby zdążyć na spotkanie. Wolałby się na nie nie spóźnić. On przecież nie będzie czekał. On nie czeka na nikogo.
Wstał z łóżka, poszedł do kuchni nastawić ekspres do kawy. Lubił rano wypić mocną kawę, zapalić papierosa i chwilę jeszcze posiedzieć i pomyśleć. Poukładać sobie na spokojnie plan dnia. Dziś jednak było inaczej. Bardziej nerwowo. Dlatego nastawił ekspres a sam poszedł wziąć szybki, chłodny prysznic. Dziś potrzebna mu bardziej orzeźwiająca pobudka.

To miejsce, w którym byli umówieni…Nie lubił go. Nie chciałby tam znaleźć się w nocy, ale i za dnia nie czuł się tam bezpiecznie. Dziś szczególnie nie chciał tam być. Ale nie miał wyboru. Tamten lubi to miejsce. Było odpowiednie. Zresztą, nigdy nie umawiali się w innym. Nie da się nic zmienić. Nie zmienia się planów takich twardzieli jak On. Jedyne co można, to się dostosować.

Kiedy był już gotowy do wyjścia z domu na chwilę usiadł na taborecie w kuchni przy oknie. Pomyślał, że pogoda tylko podkręca jego kiepski stan psychiczny. Był koniec października. Robiło się coraz chłodniej a słońce ostatnio świeciło ze dwa tygodnie temu. Nie zapowiadało się, ze ma być inaczej właśnie dziś. Nie zapowiadało…
Wyszedł z klatki. Nagle poczuł przenikliwe zimno. Zapiął kurtkę i nałożył na głowę kaptur od markowej, czarnej bluzy. Na osiedlu trzeba mieć dobre ciuchy, które są drogie albo chociaż na takie wyglądają. Dlatego robił wszystko żeby je mieć. Duże zachmurzenie zapowiadało deszcz. Miał nadzieję, że załatwi sprawę zanim zacznie padać. Chyba, że On będzie chciał chwilę pogadać. Tylko, czy oni mają o czym gadać? To chyba nienajlepszy czas na rozmyślania. Jest godz. 10.56, trzeba iść. Dojście tam zajmuje jakieś trzy minuty, więc na razie wszystko pod kontrolą.

Kiedy przechodził koło następnej klatki minął go pędzący po chodniku rowerzysta. Jechał tak szybko, że o mały włos a byłby go potrącił, co Marka D. rozdrażniło jeszcze bardziej. Przeklął tylko w myślach i poszedł dalej. Zostały dwie minuty. Godzina zero zbliżała się nieuchronnie. Przyspieszył więc i za chwilę był na miejscu.
Jego nie było. Postanowił zapalić papierosa. Wyjął prawie pustą paczkę z kieszeni dresów, przeliczył i stwierdził, że z paleniem się na razie wstrzyma. Chwilowo nie stać go na fajki, ale jak przyjdzie On i zapłaci za to czego od niego chciał będzie dobrze.
Ale na razie go nie było. Minęło już 5 minut, a tamten się nie pojawił. Dlatego Marek D. zaczął nerwowo spacerować.

Coś leżało za drzewem, wyglądało jak but, ale w tym miejscu to nie było dziwne. Tutaj często walały się specyficzne śmieci. I nikt tego nie sprzątał, no chyba, że bezdomni, im mogło się przydać coś, co inni zostawili w tym niewielkim osiedlowym lasku. Nie miał ochoty sprawdzać. Był zdenerwowany, tym bardziej, że nawet nie mógł sobie zapalić. A palenie zawsze trochę go uspokajało.