ŻYCIE Z ALKOHOLIKIEM

alko

Życie z alkoholikiem jest ciężkie. Bardzo ciężkie dla…alkoholika. Naprawdę nie wiem jak oni to wytrzymują, ale jestem pełna podziwu. Mówię zupełnie szczerze! Jak budududu!

Jak można znieść babę, która w porze obiadowej podaje obiadzik z dwóch dań. Jak chora chyba. Jebnięta schizofreniczka! Jak jeść przed piciem? W ogóle, co kurwa ten obiad niedzielny? Jakieś babskie wymysły.

Oj, kobieto! Nie szalej! Daj żyć człowiekowi. Daj się spotkać z kolegami – przyjaciółmi. Piwko obalić jakieś, wymienić spostrzeżenia na ważne osiedlowe tematy. Facet musi wiedzieć co się na dzielni dzieje, a nie z babami jakimiś gadać będzie.

Wyluzuj!

Normalny facet nie ma na to czasu.
A ta jeszcze będzie wyjeżdżać z tekstami: „to może być herbatkę, soczek naturalny wyciskany w pomarańczy, greifruta i imbiru by wypił, ziółka jakieś żeby wątrobę podreperować, co?….”
Jak ona marudzi, taka przyziemna jest, nudna taka… Pogadać z nią nie ma o czym!
Oj, ciężkie życie alkoholika, jak widzicie. Po prostu aż szkoda człowiekowi gadać. Lepiej piwka by się napić. O tak! Piwko zimne. To ja lubię!

Trochę od tej baby luzu czuję wtedy. A w sumie to pod sklep idę. Kolegów-przyjaciół spotkam. Postoimy pod sklepem, potem może jakąś klatkę wybierzemy. Pod klatką postoimy. To jest życie!
Nudy nie ma!

No chyba, że alkoholu nie ma. To wtedy trochę jest.

No ale wtedy człowiek taki kreatywny się staje i na chatę do kogoś, kto alkohol ma pójdzie. Albo sobie przypomni, że kiedyś tamten piwo dostał to teraz odwdzięczyć się musi. Coś się zawsze skołuje. Nie ma krzywdy!

Tylko żeby jak na później do siebie na chatę zejść. Albo żeby być chociaż tak najebanym żeby starej nie słyszeć. Nie słucham jej co prawda, ale zrzędzi to to i spać przeszkadza. Jeszcze się rzuca do człowieka. A tu po całym dniu takie zmęczenie, ze tylko się położyć i spać.

Pospać też lubię! No!

Kto to w ogóle te baby wymyślił. Jeszcze na początku znajomości to spoko. Można tam ten teges. Hehehe…

Ale potem to już nie można znieść babska. Czepia się o wszystko! O pieniądze, pracę, wygląd człowieka. Nerwy wtedy tak biorą, że….ręce to słabo można powtrzymać żeby jadowitej mordy nie rozpłaszczyć.

Będzie mi taka mówiła co mam robić. Baba głupia, facetowi będzie rozkazywać. Panoszyć się! A won z nią!
Niech wypierdala, bo jak nie to w łeb!

I jak tu się nie denerwować. I jak się nie napić! No jak?
Jak takie się w życiu piekło ma!

Do chuja z takim życiem.

Naprawdę lepiej się zachlać, niż tak żyć!
O, dobrze, Gucio sms-a wysłał żeby iść do niego na chatę. Spoko, mam kilka butelek po piwku, to jeszcze plecak i fajki znajdę i wypierdalam z tego domu w pizdu….

PRZYSZŁA WIOSNA, JAKIŚ PROBLEM?

Wiosna

W końcu jest, nadeszła. WIOSNA! No i fajnie – jak mówią w jednej reklamie. Ale… No właśnie, jest parę tych „ale”.

Po pierwsze pogoda
– ciągle pozostawia wiele do życzenia. I przyroda jeszcze jakby zimowa bardziej niż wiosenna. Ale miejmy nadzieję, że zacznie się zmieniać na lepsze już szybko i coraz częściej czuć będziemy na sobie słoneczne promienie, których mamy od kilku miesięcy poważny deficyt. Dość mamy już pogody: szarej, deszczowej, depresyjnej, byle jakiej po prostu. Dość mamy siedzenia w domach, permanentnego niedotlenienia i dotkliwej niechęci do działań.

Po drugie – nasz blady wygląd. Trochę trzeba będzie nad tym popracować zanim zaczniemy nosić koszulki na krótki rękaw i letnie sukienki. Warto zacząć od picia większej ilości wyciskanych soków z warzyw i owoców, szczególnie na bazie marchwi. Pohamowanie apetytu i większa ilość ruchu też będzie naszym sprzymierzeńcem. No ale dla chcącego nic trudnego!

Po trzecie – wygląd otoczenia. Po zimie nasze osiedla, skwery, parki wyglądają mało zachęcająco. Puszki, butelki, stare kartony, psie odchody i jeszcze powycinane ostatnio drzewa tworzą typowo „swojski”, polski krajobraz. Jest brzydko! A miało być tak pięknie!
W końcu przyszła przecież wiosna!

A to podobno najpiękniejsza pora roku!

Przy okazji – dziś światowy Dzień Poezji, z tej okazji dla Was wiersz Wisławy Szymborskiej, którego dzo dziś nie znałam:

„Cebula”

Co innego cebula.
Ona nie ma wnętrzności.
Jest sobą na wskroś cebula
do stopnia cebuliczności.
Cebulasta na zewnątrz,
cebulowa do rdzenia,
mogłaby wejrzeć w siebie
cebula bez przerażenia.

W nas obczyzna i dzikość
ledwie skórą przykryta,
inferno w nas interny,
anatomia gwałtowna,
a w cebuli cebula,
nie pokrętne jelita.
Ona wielekroć naga,
do głębi i tympodobna.

Byt niesprzeczny cebula,
udany cebula twór.
W jednej po prostu druga,
w większej mniejsza zawarta,
a w następnej kolejna,
czyli trzecia i czwarta.
Dośrodkowa fuga.
Echo złożone w chór.

Cebula, to ja rozumiem:
najnadobniejszy brzuch świata.
Sam się aureolami
na własną chwałę oplata.
W nas – tłuszcze, nerwy, żyły,
śluzy i sekretności.
I jest nam odmówiony
idiotyzm doskonałości.

KIEDY NIE MA NA NIC SIŁY I CIĄGLE CHCE SIĘ SPAĆ

sleep

Przyznam się Wam, że ostatnio nic mi się nie chce. I tak jest co roku o tej porze, kiedy z utęsknieniem czekam na wiosnę. Chcę słońca, wody i powietrza. Tak, właśnie tych żyjących żywiołów. A co mam? Śnieg z deszczem, szarą ponurość i ….nic mi się nie chce.

Ale ileż można. Kiedyś trzeba skończyć tą zimową ciszę i zastój w umyśle i trzewiach. Koniec ze sztucznymi pomidorami i ogórkami. Czas na nowalijki, które nie są może zbyt zdrowe, ale dają nadzieję na to, że czas kiedy będzie cieplej nadchodzi i świat budzi się do życia.

Jeszcze kilka dni na śpiochu a potem pobudka!

Teraz jest najgorzej, bo teraz jest czas przesilenia. Nie wiadomo ile to potrwa ale trzeba walczyć. Bo walka to życie. Wyspać się, odpocząć, nasycić witaminami (jakie są dostępne? Tylko sztuczne?) i trochę poruszać na świeżym powietrzu, na podwórku burym, albo na basenie i w saunie. O tak, sauna się przyda na pewno. Toksyny to coś czego należy się pozbyć. I to jak najszybciej!

Znów zaszyć się pod kocykiem i czytać?

No, to akurat zawsze warto. Wieczne zaległości w czytelnictwie dopadają o każdej porze roku. I znów walka! No bo co wybrać? Nie, inaczej… Co wybrać w pierwszej kolejności?
Mroczny kryminał cały czas na czasie. Ale na snucie podróżnicze już też smak człowieka nachodzi. (ach, ta Australia!). Może jakiś horror? Mhm, może zbyt odważnie? Ale dreszcz emocji nie jest taki zły…

Bo ja wiem? Chyba czas żeby zrobić konkretny balans pomiędzy wypoczynkiem a rozrywką. Przerwą od pracy, od codziennych zadań, rytmu, tempa, dobrego zorganizowania.

Może chodzi o bałagan, chaos, wyluzowanie absolutne. Aż do osiągnięcia do poziomu nudy? Zwinięcia się w kilka warstw kołder, poduszek i kocyków i przespanie tego czasu?
Może właśnie o to chodzi. Teraz. W okresie przejściowym, który chyba nie przypadkiem jest taki w przyrodzie: niedookreślony, trochę nieobecny, w próżni, bez konkretnego celu, wygaszony i spokojny.

Ale skąd w ogóle taki pomysł?

Przecież to nie są wakacje ani urlop. Taka przerwa znikąd. Przerwa konieczna na naładowanie sił. Bo siły już zaraz będą potrzebne, bardziej niż teraz. Dlatego teraz trzeba się o nie postarać, trochę odpocząć, trochę się rozerwać, oczyścić ciało i umysł (bądźmy zen), zanim przyroda porwie nas w wir życia na nowo.

Kiedy to będzie? Jak ten przystanek stanie się przeszłością a słońce będzie częściej świecić. Tyle, że trzeba jeszcze trochę odczekać. No to mamy poczekalnię. Proszę wsiadać, drzwi zamykać i rozkoszować się tym, co aktualnie jest nam dane. Nawet jeśli to tylko coroczne grymaszenie.

Ps Zdecydowałam się jednak na przeczytanie horroru. Już niedługo opiszę czy gatunek się spisał. Zapowiada się dobrze, bo to horror w wydaniu islandzkim – „Pamiętam cię” Yrsa Sigurdardóttir.

CO NA WALENTYNKI?

Usłyszałam dziś rano w tv, że najlepszym prezentem na walentynki są pralinki. No to kupiłam w prezencie dla niego i dla siebie. Bo kto powiedział, że w Walentynki nie można kupić prezentu sobie. Na Święta też sobie kupuję, więc czemu teraz miałoby być inaczej.

Wszystko to robię z umiarem, bo jakoś szczególnie podkręcać komercyjności świąt nie pragnę. Ani maksymalnie się spłukać też nie chcę.

Ale jakiś akcent musi być!

W końcu Walentynki z zasady są dniem radosnym. I teraz powiecie że nie dla wszystkich. A ja nie do końca się Wami zgodzę.

Bo dlaczego właściwie w tym dniu mamy obdarowywać i być mili tylko dla swojej drugiej połówki? Bądźmy mili dla siebie i osób, które lubimy i kochamy albo znamy. A nawet jak nie znamy a spotkamy to też możemy być mili.
Kupmy bliskim jakiś drobiazg, a jak nas nie stać to zróbmy laurkę, wytnijmy serduszko z papieru albo złóżmy nie zobowiązujące życzenia.

Dziś miałam okazję życzyć na przykład Pani w sklepie mniej marudnych klientów ( bo przede mną zakupy robił maruder wszechczasów), i Pani ekspedientka życzenia przyjęła z uśmiechem szczerym i wesołym. I jakoś sympatyczniej od razu.

Więc zamiast wypinać się na komercyjność i kiczowatość Walentynek sprawmy, żebyśmy czuli się w tym dniu dobrze sami ze sobą i z innymi.

Najlepiej mieć dziś przy sobie kilka serduszek z papieru (serio!), uśmiech na twarzy i dobre słowo dla drugiego człowieka. I jak spotkacie na swojej drodze kogoś bardzo smutnego dajcie mu serduszko. To nic nie kosztuje.
A sprawi, że czyjś dzień stanie się weselszy.

Serio!
Mniej spiny, więcej spontanu!

To powodzenia!

Ps Życzę Wam żebyście dzisiejsze Walentynki przeżyli według swoich planów: na romantycznej kolacji, przy winku w domu, oglądając wesołą komedię, dzieląc się sobą nawzajem. Bądźcie szczęśliwi!

TU TEŻ JEST POLSKA ALBO TYLKO TU

WP_20170106_007

Dziś będzie krótko ale na temat.

Polska to piękny kraj. Przynajmniej tak się mówi. Od morza do Tatr. I w sklepie polskim, też, jak polski alkoholik butelki polskie po alkoholu oddaje i o nowe prosi. Butelki. I jeszcze kilka butelek z plecaka wyjmuje, na ladę kładzie. A potem kilka znów. I jeszcze o maskotkę prosi.
Co?
O maskotkę…

Nie wiem ja, nie wie ekspedientka o jaką maskotkę chodzi. W oparach, smogu i polskich alkoholowych wyziewach. Bardzo polskich. Bardzo zamroczonych.
Ten jeszcze o raz maskotkę zieloną prosi. „Takie papierosy Pani poda”
„Ale jakie ?”
„Maskotkie takie”….

I już nie chce mi się stać w polskim sklepie po chleb powszedni. I wychodzę ze sklepu, jego atmosfery dusznej, w pogodę nieprzyjemnie polską. Ale polską przecież.

I brnę w brei do sklepu następnego po chleba bochen. I jaki ten dzień polski narodowy się dla mnie staje. Jak zimnem, smrodem i smogiem do szpiku kości ….

I co to kurwa jest?

Polska nasza. Polaków Polska. Nie trzeba mapy. Bo tu właśnie jest Polska. Poznaję. Bez mapy, GPS-a, kompasu. To tu!
Tu Polska prawdziwa, kochana, zachlana, nieprzytomna, niejarząca, ale …kogo to obchodzi?

A znów mnie to nie przeszkadza. Dzień bez chleba sobie zrobię jak się uprę. Zdrowiej będzie. Bez pustych kalorii tuczących, zapychających i podnoszenia poziomu cukru. Wystarczy, że już ciśnienie mi się podniosło. Na jedno wyjście do polskiego sklepu wystarczy. A ja muszę myśleć pozytywnie. I realizować plany.

Plan na dziś – nie mam chleba, nie jem chleba.
A na jutro?……………….

Polska to realne kształty, widoki, zapachy i emocje. Dzielimy się tym z innymi, którzy mają do tych kształtów, widoków czy emocji równe prawa.
Może tylko inne potrzeby.

Musimy sobie z tym dać radę. Bo przecież to jest właśnie Polska. Taką kochać mamy.

Ps

I mam jeszcze takie pytanie:

Czy Zenek Martyniuk nie mógł by śpiewać na San Escobar zamiast na okrągło u moich sąsiadów ?

PRZEPIS NA OBIAD DLA ZAPRACOWANYCH

WP_20170111_019

Dziś coś na szybko. Szybko zrobić a zjeść już we własnym tempie. No dobra. Jeśli mamy na gotowanie tylko 15 minut, to też zdążymy. Musicie mieć w domu kilka produktów:
Ziemniaki
Filet kurczaka
Fasolkę szparagową (o tej porze roku mrożoną)
Warzywa w słupkach

WP_20170111_003

Na ogół to danie robię z białym ryżem. Ale dziś miałam straszną ochotę na ziemniaki. Może wzrosło mi zapotrzebowanie na potas i magnez, albo witaminy z grupy B?

Ziemniaki gotuję w skórkach. W całości. Bo takie są lepsze. Przynajmniej ja tak uważam. A poza tym mają podobno o wiele więcej wartości niż obrane.

No to gotujemy

Fasolka na rozgrzaną patelnię z odrobiną oleju. Smażymy mieszając. Dodajemy warzywa w słupkach do smaku. Smażymy mieszając. Następnie wrzucamy pokrojoną pierś z kurczaka. Smażymy ok. 10 minut. Dodajemy sól, pieprz, trochę słodkiej papryki. I potrawa jest gotowa.

WP_20170111_006

WP_20170111_011

Nakładamy na talerz razem z pokrojonymi ziemniakami w mundurkach.

Zabiegany styl życia, praca, obowiązki wymagają od nas upraszczania posiłków, co nie znaczy, ze mamy jeść niezdrowo i niesmacznie. Jeśli ktoś lubi jeść dobrze, zdrowo i przede wszystkim wiedząc co je, znajdzie czas na kulinaria. W końcu to tylko 15 minut.

WP_20170111_015

TO MOŻE BYĆ DOBRA ZMIANA

Góra

Przeczytałam ostatnio wiele postów na temat postanowień, celów i planów noworocznych. Dużo postanawiacie w kwestiach żywnościowych, szczególnie jeśli chodzi o wprowadzanie zmian, które doprowadzić mają do oczyszczenia organizmu albo odchudzenia.

Poza tym chcecie modelować swoje ciała przez regularnie prowadzone treningi.
I słusznie. Każdy chce być piękny młody. No i oczywiście bogaty.
A przysłowie mówi: Trzeba mieć marzenia.

Mam na osiedlu koleżanki, które rok temu wychwalały swoich trenerów i niskokaloryczne żarcie. Właśnie rok temu, o tej samej porze. Już szły na basen, już trenowały aerobik, już kupowały nowe ciuchy i sprzęty do ćwiczeń.
Nie układało im się jednak ani czasowo, ani motywacyjnie, i na drodze stawały im ciągle przeszkody nie do pokonania. I tak każdego dnia w porze treningu ich na treningu nie było a o kupowaniu pączków i ciastek codziennie jakoś nie zapominały.

Ale wiadomo, pamięć jest wybiórcza a postanowienia noworoczne robi się co roku, więc zawsze jest szansa, że w przyszłym coś z tego wyjdzie i marzenia o pięknej, smukłej sylwetce się ziszczą.

Ale ja się koleżankom nie dziwię.

Trudno nabywane przez lata nawyki zmienić w ciągu kilku dni, wyłącznie dlatego, że rozpoczął się nowy rok. Bo on rozpoczął się dla wszystkich. Nie jest to więc takie indywidualne i nie dotyczy tylko i wyłącznie ciebie.
Ta zmiana ma charakter globalny. Nie wynika z wewnętrznej potrzeby tylko potrzeby wymuszonej przez sytuację. Więc to jest raczej tak, że muszę coś zmienić, bo inni też będą wżycie wprowadzać zmiany.

No i po kilku dniach po nowych nawykach zostaje tylko wspomnienie, albo wręcz czarna dziura niepamięci. A my żyjemy dalej po swojemu. Tak, jak nam wygodnie.

I jeśli jest nam z tym dobrze, nasze otoczenie, zdrowie ani związek na tym nie ucierpi to właściwie możemy sobie z tymi starymi nawykami bez wprowadzonych w życie postanowień pozostać.

Inaczej jednak wygląda sprawa jeśli postanowienia noworoczne były dawno odkładanymi przedsięwzięciami lub koniecznością zmian na przykład żywieniowych czy ruchowych, które nakazał nam lekarz.

W tym wypadku to już nie jest sprawa o zasięgu globalnym ale nasze życie. I musimy o nie zadbać. Nie oddalając tego zanadto w czasie, żeby potem nie było za późno.

Bo to jest tak, jak napisałam na początku, jeśli czuję, że się przeżarłam mięsem to muszę odpuścić takie jedzenie na jakiś czas. Bo mi nie służy. I muszę to zrobić wtedy kiedy się przejadłam, a nie za rok. No sami pomyślcie.
I to jest moja motywacja. I w tym cały ambaras żeby znaleźć w sobie odpowiednią motywację.

No właśnie, ale jak to zrobić?

Pewnie łatwiej kiedy mamy bardzo konkretnie ustalony cel. I działamy tak, aby go zrealizować, bo realizacja jest konieczna.

W lepszej sytuacji motywacyjnej będzie na przykład aktorka, która ma zagrać wymarzoną rolę u ulubionego reżysera i dostać za to milion dolarów.
Jest motywacja? I to jaka!

Ale też na pewien określony czas. Bo jak zadanie zostanie wykonane nie trzeba będzie się już tak poważnie motywować. No chyba, że pojawi się nowa rola.

Ale tak na poważnie, chcę przez to powiedzieć, że aby dokonać dobrej dla siebie zmiany i być w tym konsekwentnym trzeba naprawdę mieć odpowiedni cel i być bardzo zmotywowanym.
I to chyba jest najtrudniejsze dla przeciętnego zjadacza chleba.

No chyba, że zechce się wam spojrzeć na siebie w lustrze. Tak przez dłuższą chwilę, obiektywnie, na spokojnie.
Kto wie? Może silna motywacja od razu się znajdzie…i to bardzo silna.

Może już czas na dobrą zmianę?

NOWE PORZĄDKI NA BLOGU

Nadeszła jesień. Ostatnio bardzo deszczowa, ale są jeszcze szanse na mój ulubiony jej wariant – złotą polską jesień. Na blogu pojawi się więcej propozycji książek do przeczytania, sposobów na przyrządzanie dań świątecznych i dań na imprezy. Pojawią się sposoby na efektywną pielęgnację skóry i ciała i pomysły na mobilizację do aktywnego życia w czasie jesieni i zimy. Będzie trochę o stylu życia i bycia, pojawią się pomysły i ciekawostki na ciekawe spędzanie czasu i delektowanie się życiem kiedy na dworze zimno, ciemno i ponuro. Pokonanie jesiennego marazmu bywa trudne. Sama ostatnio odczułam wszelkie możliwe przejawy wypalenia zawodowo-psychicznego. Ale jakoś trzeba sobie radzić. Trzeba czasem wspomóc się kieliszkiem dobrego wina, spacerem po lesie, spotkaniem w miłym towarzystwie, przy dobrym jedzeniu i ciekawej rozmowie. Jakoś trzeba swoje słabości pokonać. I cieszyć się życiem.
Oby do przodu więc!

WSZYSTKO DLA SELFIE

selfie 3

Pomyślałam dziś, czy nie zaryzykować jak inni dla selfie. Zaryzykuję chyba ustawienie buźki w dzióbek albo może lepiej w ryjek. I pstryknę sobie, a niech tam.
Jestem w tym nowa. I chociaż słyszałam, że ludzie nagminne robią sobie selfie, to ja dotychczas nie zrobiłam. I mogę tu wymienić ze sto powodów tej okoliczności. Ale żaden nie jest ciekawy.
Spróbowałam. Zrobiłam pierwsze selfie właśnie.
I patrzę na efekt. Kurcze sama nie wiem, co powiedzieć. No nie ma mnie na zdjęciu!
Słabo znam na mediach społecznościowych, ale na selfie to ja naprawdę się nie znam. Zrobiłam sobie selfie, ale mnie na nim nie ma.

Jest firanka, brudne okno, kawałek fotela, jakiś sweter w tle, ogon kota. Mnie nie ma!
No to jeszcze raz czytam w necie, że selfie to rodzaj autoportretu wykonywanego z ręki lub aparatu lub komórki ustawionej na kiju.
Gdzie ja mam kij? Z ręki nie wyszło to może z kija. Że też nie pomyślałam wcześniej.
Kurcze, nie wiem czy ja mam jakiś kij. Bo tam w ogóle nie napisali jaki ten kij ma być.
Od mopa mam. Tylko.

Co za wstyd.

Ludzie tyle potrafią dla selfie poświęcić:
wejść na szczyt góry, skały i zsunąć się w przepaść; skoczyć do rzeki z mostu, na rusztowaniach wysokich budowli podskoczyć by potem spaść na sam dół, na skale Trolltunga w Norwegii robić selfie…., nad rzeką Guadalquivir w Hiszpanii, spadając z gór w Alpach, zwisając z gzymsu dziewięć pięter nad ziemią w Rosji, wpadając w wodospad w Chinach (ale selfie się uratowało), albo też spadając (a było to dorosłe małżeństwo Polaków) w Portugalii podczas robienia zdjęć z 80-metrowego klifu.

selfie

Cóż za pomysłowość, odwaga, determinacja?
Albo jeszcze lepiej:
brak wyobraźni, głupota (głupota nie boli) i lekkomyślność.
Ludzie są spontaniczni. To takie fajne.
I lubią ekstremalne ryzyko. Mhm, albo raczej nie zdają sobie z niego sprawy. Są ekstremalnie nieodpowiedzialni. Ale ważne jest tylko to pierwsze słowo. Bo tak, jak w powyższych przypadkach o swojej nieodpowiedzialności już się nie dowiadują.

I jak tak trochę o robieniu sobie sejfie poczytałam. To dałam sobie spokój z kijem od mopa. I z robieniem selfie również. Żyłam dotąd bez żadnego selfie na koncie, i dalej tak zamierzam.
Może gdybym była nastolatką to presja by była. Ale jako, że jestem dorosła (w średnim wieku) to sobie podaruję. Zrobię sobie taki dzień dziecka od tego, co muszą wszyscy inni, którzy tego potrzebują. Co jest modne i niewygodne.

Jeśli selfie ludzi uszczęśliwia. To super. Byleby tylko nie unieszczęśliwiało.

Ps. Korzystanie z mózgu jest sexi. W każdym wieku! Warto spróbować.

KIM SĄ JANUSZE, CZYLI DO CZEGO TO PODOBNE ?

Plaża

Akurat ja podróżuję niewiele (mam problem z samolotami, albo raczej klaustrofobią), ale za to moja rodzina podróżuje znacznie częściej i po przyjazdach snujemy razem przecudne podróżne opowieści.
Ostatnio byli w Albanii. I nie po raz pierwszy, ale za to bardzo dosadnie przeżyli znów spotkanie z Januszami.
KIM SĄ JANUSZE?
Trochę potrzymam Was w niepewności. Żeby potem, jak już się dowiecie było znacznie więcej radości. Albania moim bliskim podobała się może nie najbardziej na świecie, ale też całego świata jeszcze nie widzieli. Więc powiedzmy, że się po prostu podobała.
A TERAZ JANUSZE?
Tak, teraz Janusze. Chociaż ja akurat to najpierw byłam ciekawa czy w Albanii szukają Pokemona Go (joł joł). Bo ja na przykład, jak szukam pokemona to znajduję głupa.
Ale u mnie to wszystko jakoś nie ten.
I ja w ogóle to myślałam, że pokemony to minionki.
(A nie?
Ok, zapamiętam sobie.)

(Wracając do historii głównej o szukaniu najprawdziwszych pokemonów)
Ale się okazało, że w Albanii szukają, ale nie przez aplikację. Szukają. Ale nie Albańczycy, tylko Polacy (albo Niemcy) i szukają, ale nie pokemonów tylko wolnych leżaków plażowych albo przy basenowych.
Spytacie czemu?
Odpowiem, chyba chcą poleżeć, poopalać się, raczyć słońcem się nad morzem gorącym
Spytacie po co szukają?
A czemu nie? A na poważnie, szukają wolnych leżaków plażowych, ażeby ich im nikt nie zarezerwował dopóki sami nie zarezerwują.
Spytacie, a jak się rezerwuje?
Odpowiem, kładąc nań ręcznik.
Spytacie też kiedy szukają?
W nocy, po ciemku, z latarką w ręku.
Spytacie, i co, i co dalej?
Zasypiają, nie wstają i innym się leżaki dostają.
Słodka puenta?
Nic już. Ponad smakiem miodu z kasztanowca. Podobno naprawdę słodki.

leżak z ręcznikiem

JANUSZE JADĄ NA WYCIECZKĘ FAKULTATYWNĄ
Zmyłka, Janusze nie jeżdżą na wycieczki. Im wyjazd sam zagraniczny do hotelu wystarczy i leżenie na basenie.
A jak potem Janusza spytasz: jak tam było w Albanii? Odpowie krótko, lecz treściwie: bynajmniej jak w Albanii. (kropka).

JANUSZE A STOŁÓWKA A UŁAŃSKA NUTKA
W pewnym sensie tu się wyrównuje. W bitwie Janusze kontra obsługa hotelowa 1:1, albo 0:0, albo może 3:3, jak by nie patrzeć remis.
A dlaczego tak gładko bez bitwy żadnej?
Kto powiedział, ze bitwy nie ma? Moi bliscy widzieli kilka: o pomidory, o sałatę, o herbatę też, w termosie a może czajniku, (nie wiem, w końcu ja tam nie była i miodu nie piła) o kawę nie widzieli, bo kawy zimnej nikt pić nie chciał, to i walki nie było.
Za to pomidory, ogórki, jajka garściami na talerz nakładali i do stołu biegli ….i właśnie w tym różnili się od stołówkowych kelnerów, bo tamci nakładać nowych porcji nie biegli, nie szli nawet, nie wlekli…
Oni mają czas, już niedługo sjesta (jest 8 rano, sjesta o 13-stej się zaczyna) kto by im kazał się śpieszyć. Kierownik jeszcze śpi, szefowa ciągle ziewa, a Polacy krzyczą: dajcie chleba!
Chleba, masła, konfitury!
Niech nam potem leżak zabierze który,
to w karciochy go (zaborcę) przegramy
wnet i piwo zapoznamy
i wódczane dobre drinki
pokemonom w gardło chłonąć
i na basen se pójdziemy i znów drinka se chlupniemy!

Wow, ale czad!
Brawo Janusze!
Skąpe fundusze. Piwne podbrzusze i ukraść muszę
Ręczniki z hotelu
Bo dla niewielu poza mną są.

Albania to piękny kraj, morze góry, regionalne produkty.
Po co tam Janusze?

Mówi Janusz: Bo muszę!

Ps. Dziś nie ma