„ZIELONO MI”… OD RANA CZYLI JAKI COCTAIL POLECAM W TYM TYGODNIU

smoothies-detox-drink-healthy-berry-wallpaper (2)

Warzywa i owoce uwielbiam od zawsze. Podskórnie już od dziecka czułam, ze są mi po prostu potrzebne. Że jest mi po nich lepiej i fizycznie i psychicznie. Lepiej myślę, ładniej wygląda moja skóra, paznokcie czy włosy, no i chyba też ważne, zawsze mi smakowały.

U mnie jest po prostu tak – dzień bez warzywa i owocu to głupota!

Od jakiegoś czasu wierzę w dobrą siłę coctaili i smoothie. Witaminy, minerały, błonnik. Samo dobro. No i ten smak!
Uwielbiam!

Jeśli mogę, a dzięki warzywom i owocom jest to możliwe, staram się jak najlepiej dbać o zdrowie.
Zmiksowane, wyciśnięte lub zblendowane mogą mi w tym pomóc. Dbam dzięki nim o zachowanie jak najlepszej odporności organizmu, zwalczam (mam nadzieję) wolne rodniki, pomagają mi regenerować mózg i kości, usuwać toksyny i do tego poczuć się lekko i zdrowo. Niebagatelne jest też to ile siły i energii dodają mi na co dzień.
Ze wszystkich kolorów smoothie chyba najbardziej lubię zielony. Pozytywnie nastraja mnie od rana i daje porządnego kopa na cały dzień.

Dziś polecę Wam napój z warzyw i owoców na bazie cały czas popularnego (i to bardzo zdrowa popularność) jarmużu.
Słyszałam, że poza wszystkimi wartościami, które opisałam powyżej to smoothie radzi sobie ze zwalczaniem cukrzycy. Może więc warto go spróbować także i z tego powodu.
Wypijcie go w ramach śniadania i zostawcie sobie jeszcze na później, tak żeby drugą porcję wypić ciągu dnia.

Przepis na zielone smoothie

Składniki:
garść jarmużu
5 średniej wielkości bananów
2 jabłka
2 kiwi
Przygotowanie:
Składniki obrać, pokroić, wrzucić do blendera, zmiksować z dodatkiem około 500 ml wody i gotowe.

Smacznego!
I życzę wam żeby humor i dobra energia były z Wami. No i oczywiście, żeby udało Wam się jutro wypić jakiś fajny coctail!

MAGICZNA METAMORFOZA BRWI CZYLI SPACER A’LA SHOPPING

Brwi

Owszem (tu przyznaję zupełnie szczerze) czasem i ja lubię pospacerować po jakieś lokalnej galerii handlowej, bo jak tu nie kochać centrów handlowych. Lubię wejść na przykład do perfumerii i zaszaleć w świecie testerów, oblać się wszystkim tym czego aktualnie nie zakupię (ale może kiedyś tak) i potem pachnieć pięknie wszystkim na raz.
I kiedy już zaczynam się dusić tymi Diorami, Chanelami i Armani-mi idę spacerować gdzieś dalej.

Ale to nie był ten raz.

Tym razem w perfumerii zaczepiła mnie Pani, której stylizacja, tak na pierwszy rzut przypominała mi Murzynka Bambo (zgodnie z poprawnością feministyczną Murzynkę Bambo) (i nie myślcie aby, że jestem rasistką to tylko skojarzenie. Luźne). To nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia i chciałam uniknąć dalszego kontaktu, ale … no właśnie Pani miała do mnie jakieś „ale”.

„Ale czemu Pani nie chce magicznej metamorfozy brwi?”

To pytanie padło zaraz po tym kiedy wytłumaczyła mi jak zmienię się fizjonomicznie pozytywnie po magicznej przemianie brwi czyli godzinnym ich wyskubywaniu, malowaniu, pomadowaniu i co tam jeszcze.

Nasze interesy się nie zazębiały.

Ona chciała pomadować moje brwi a ja chciałam spacerować po galerii, w spokoju i skupieniu odwiedzać różne stoiska i podziwiać różne produkty. I absolutnie nie marzyła mi się zmiana brwi na lepsze bo mnie się podobają moje: niemodne, bez ombre, pomady, bez wyskubania i nadania nowego kształtu.
I tak stałyśmy. Ona podtrzymywała rozmowę. Ja ją chciałam zakończyć. Ona się rozkręcała w sprawie tych poprawek moich brwi. Ja już nie mogłam powoli tego znieść.
Nie chciałam zmiany brwi ani za opłatą nawet za darmo.
Ona nie chciała w to uwierzyć.

Ok, wiem. To jej praca. Dziewczyna musi to robić żeby zarobić.
Ale to jednak usługa bardzo specyficzna. To tak, jak z wyjściem do kosmetyczki. Idę tam wtedy kiedy jest mi to potrzebne, kiedy planuję jakiś zabieg na twarz lub ciało. Kiedy tego chcę, kiedy mam na to wyznaczony czas lub kiedy po prostu muszę to zrobić.
To ma być mój wybór.
Nie chce mieć modnych brwi tylko dlatego, że:
• Są modne
• Ktoś natarczywie usiłuje mi je zmienić

No i w sumie spacer po galerii nie był tego dnia udany. Wyszedł mi z tego taki ani shopping ani spacer.

Ps. Piszcie, jeśli i Wam zdarzają się podobne sytuacje.

KOBIETY W PEWNYM WIEKU I WIEKU BARDZO PEWNYM CZYLI FRANCUSKI POWAB

lawenda

Jak być Polką, ale w takim wzorcowym francuskim wydaniu? Może warto Polce zamieszkać we Francji i w ten sposób nauczyć się ponadczasowej elegancji?
Czy można nauczyć się tego wszystkiego z poradnika? Dziś się nad tym zastanowię. Bo takich poradników kilka już przeczytałam, a tu znów jakiś kolejny wpadł mi w ręce.

Jak Francuska zachowuje dobry wygląd na co dzień?

Codziennie o sobie pamięta i o siebie dba. Odżywia się zdrowo, pilnuje smukłej sylwetki, ćwiczy, rzadko pija alkohol i każdy dzień celebruje ciesząc się jego pełnią. Kobieta zadbana i ciesząca się życiem jest pewna siebie. Paryski szyk to po prostu wyraz szacunku do samej siebie. Taka odsłona osoby niezadbanej, ubierającej się w brudne rozciągnięte dresy, bez makijażu, niechlujnej i nieatrakcyjnej. (Chociaż niestety, często tak bywa). To nie jest wcale ciekawe! Same przyznacie?
Ale atrakcyjność to nie tylko fizjonomia, ale i ciekawa osobowość. Dlatego Francuski pracują nad rozwojem osobistym równie ciężko jak i nad udoskonalaniem swego wyglądu.
Błyskotliwość, urok i inteligencja – to cechy prawdziwej Francuski. Oczytana, osłuchana muzycznie, po przeglądzie najnowszych premier kinowych, znająca się na architekturze i dizajnie a do konwersacji wplatająca szczyptę humoru i przezabawne anegdoty. Czyż to nie fascynujące? Kobiecość w pełni.

Klucz do zagadki

Jak czuć się dobrze we własnym ciele kiedy ma się znacznie więcej niż 30 lat? Francuski są dobrym przykładem na to, że nawet będąc już „w pewnym wieku” możemy być atrakcyjne, szykowne i wyglądać dobrze – jeśli o to zadbamy. No bo to, niestety samo się nie zrobi.
I to jest właśnie podstawa, uświadomienie sobie, ze czas płynie, starzejemy się, ale nie musimy od razu zdziadzieć. To, że życie przez upływ czasu się komplikuje to jasne. Ważne żeby podejść do tego racjonalnie. Jest jak jest i trzeba się dostosować, celebrować takie życie takie jakie jest po 40-stce. Ono też ma swoje uroki trzeba tylko w to uwierzyć.

Zresztą wiek nie zawsze jest najważniejszy.

Ważniejsza jest radość z życia, jego smakowanie, pasjonowanie się jego urodą. Zadowolenie i ciekawość życia dodaje nam uroku.
Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o tym jak zawsze być młodą duchem, szykowną i interesującą oraz powabną polecam Wam książkę na jesienne wieczory: Tish Jett „Zawsze szykowna”. Znajdziecie tu bardzo dużo podpowiedzi jak o siebie dbać żeby zawsze być naprawdę zadbaną.

Wiedziałaś, że lawenda nadaje włosom elastyczność i połysk? Albo, że dzień przed koloryzacją włosów należy nałożyć głęboko nawilżającą maskę i nie zmywać jej przed pójściem do fryzjera? Wiesz jak zrobić dobry sos winegret?
Jeśli nie, to te i wiele innych porad znajdziesz w polecanej dziś książce. Znajdź trochę czasu dla siebie. Zadbaj o swoją urodę a myślę, że będziesz przez to szczęśliwsza.

ŻYCIE Z ALKOHOLIKIEM

alko

Życie z alkoholikiem jest ciężkie. Bardzo ciężkie dla…alkoholika. Naprawdę nie wiem jak oni to wytrzymują, ale jestem pełna podziwu. Mówię zupełnie szczerze! Jak budududu!

Jak można znieść babę, która w porze obiadowej podaje obiadzik z dwóch dań. Jak chora chyba. Jebnięta schizofreniczka! Jak jeść przed piciem? W ogóle, co kurwa ten obiad niedzielny? Jakieś babskie wymysły.

Oj, kobieto! Nie szalej! Daj żyć człowiekowi. Daj się spotkać z kolegami – przyjaciółmi. Piwko obalić jakieś, wymienić spostrzeżenia na ważne osiedlowe tematy. Facet musi wiedzieć co się na dzielni dzieje, a nie z babami jakimiś gadać będzie.

Wyluzuj!

Normalny facet nie ma na to czasu.
A ta jeszcze będzie wyjeżdżać z tekstami: „to może być herbatkę, soczek naturalny wyciskany w pomarańczy, greifruta i imbiru by wypił, ziółka jakieś żeby wątrobę podreperować, co?….”
Jak ona marudzi, taka przyziemna jest, nudna taka… Pogadać z nią nie ma o czym!
Oj, ciężkie życie alkoholika, jak widzicie. Po prostu aż szkoda człowiekowi gadać. Lepiej piwka by się napić. O tak! Piwko zimne. To ja lubię!

Trochę od tej baby luzu czuję wtedy. A w sumie to pod sklep idę. Kolegów-przyjaciół spotkam. Postoimy pod sklepem, potem może jakąś klatkę wybierzemy. Pod klatką postoimy. To jest życie!
Nudy nie ma!

No chyba, że alkoholu nie ma. To wtedy trochę jest.

No ale wtedy człowiek taki kreatywny się staje i na chatę do kogoś, kto alkohol ma pójdzie. Albo sobie przypomni, że kiedyś tamten piwo dostał to teraz odwdzięczyć się musi. Coś się zawsze skołuje. Nie ma krzywdy!

Tylko żeby jak na później do siebie na chatę zejść. Albo żeby być chociaż tak najebanym żeby starej nie słyszeć. Nie słucham jej co prawda, ale zrzędzi to to i spać przeszkadza. Jeszcze się rzuca do człowieka. A tu po całym dniu takie zmęczenie, ze tylko się położyć i spać.

Pospać też lubię! No!

Kto to w ogóle te baby wymyślił. Jeszcze na początku znajomości to spoko. Można tam ten teges. Hehehe…

Ale potem to już nie można znieść babska. Czepia się o wszystko! O pieniądze, pracę, wygląd człowieka. Nerwy wtedy tak biorą, że….ręce to słabo można powtrzymać żeby jadowitej mordy nie rozpłaszczyć.

Będzie mi taka mówiła co mam robić. Baba głupia, facetowi będzie rozkazywać. Panoszyć się! A won z nią!
Niech wypierdala, bo jak nie to w łeb!

I jak tu się nie denerwować. I jak się nie napić! No jak?
Jak takie się w życiu piekło ma!

Do chuja z takim życiem.

Naprawdę lepiej się zachlać, niż tak żyć!
O, dobrze, Gucio sms-a wysłał żeby iść do niego na chatę. Spoko, mam kilka butelek po piwku, to jeszcze plecak i fajki znajdę i wypierdalam z tego domu w pizdu….

PRZYSZŁA WIOSNA, JAKIŚ PROBLEM?

Wiosna

W końcu jest, nadeszła. WIOSNA! No i fajnie – jak mówią w jednej reklamie. Ale… No właśnie, jest parę tych „ale”.

Po pierwsze pogoda
– ciągle pozostawia wiele do życzenia. I przyroda jeszcze jakby zimowa bardziej niż wiosenna. Ale miejmy nadzieję, że zacznie się zmieniać na lepsze już szybko i coraz częściej czuć będziemy na sobie słoneczne promienie, których mamy od kilku miesięcy poważny deficyt. Dość mamy już pogody: szarej, deszczowej, depresyjnej, byle jakiej po prostu. Dość mamy siedzenia w domach, permanentnego niedotlenienia i dotkliwej niechęci do działań.

Po drugie – nasz blady wygląd. Trochę trzeba będzie nad tym popracować zanim zaczniemy nosić koszulki na krótki rękaw i letnie sukienki. Warto zacząć od picia większej ilości wyciskanych soków z warzyw i owoców, szczególnie na bazie marchwi. Pohamowanie apetytu i większa ilość ruchu też będzie naszym sprzymierzeńcem. No ale dla chcącego nic trudnego!

Po trzecie – wygląd otoczenia. Po zimie nasze osiedla, skwery, parki wyglądają mało zachęcająco. Puszki, butelki, stare kartony, psie odchody i jeszcze powycinane ostatnio drzewa tworzą typowo „swojski”, polski krajobraz. Jest brzydko! A miało być tak pięknie!
W końcu przyszła przecież wiosna!

A to podobno najpiękniejsza pora roku!

Przy okazji – dziś światowy Dzień Poezji, z tej okazji dla Was wiersz Wisławy Szymborskiej, którego dzo dziś nie znałam:

„Cebula”

Co innego cebula.
Ona nie ma wnętrzności.
Jest sobą na wskroś cebula
do stopnia cebuliczności.
Cebulasta na zewnątrz,
cebulowa do rdzenia,
mogłaby wejrzeć w siebie
cebula bez przerażenia.

W nas obczyzna i dzikość
ledwie skórą przykryta,
inferno w nas interny,
anatomia gwałtowna,
a w cebuli cebula,
nie pokrętne jelita.
Ona wielekroć naga,
do głębi i tympodobna.

Byt niesprzeczny cebula,
udany cebula twór.
W jednej po prostu druga,
w większej mniejsza zawarta,
a w następnej kolejna,
czyli trzecia i czwarta.
Dośrodkowa fuga.
Echo złożone w chór.

Cebula, to ja rozumiem:
najnadobniejszy brzuch świata.
Sam się aureolami
na własną chwałę oplata.
W nas – tłuszcze, nerwy, żyły,
śluzy i sekretności.
I jest nam odmówiony
idiotyzm doskonałości.

KIEDY NIE MA NA NIC SIŁY I CIĄGLE CHCE SIĘ SPAĆ

sleep

Przyznam się Wam, że ostatnio nic mi się nie chce. I tak jest co roku o tej porze, kiedy z utęsknieniem czekam na wiosnę. Chcę słońca, wody i powietrza. Tak, właśnie tych żyjących żywiołów. A co mam? Śnieg z deszczem, szarą ponurość i ….nic mi się nie chce.

Ale ileż można. Kiedyś trzeba skończyć tą zimową ciszę i zastój w umyśle i trzewiach. Koniec ze sztucznymi pomidorami i ogórkami. Czas na nowalijki, które nie są może zbyt zdrowe, ale dają nadzieję na to, że czas kiedy będzie cieplej nadchodzi i świat budzi się do życia.

Jeszcze kilka dni na śpiochu a potem pobudka!

Teraz jest najgorzej, bo teraz jest czas przesilenia. Nie wiadomo ile to potrwa ale trzeba walczyć. Bo walka to życie. Wyspać się, odpocząć, nasycić witaminami (jakie są dostępne? Tylko sztuczne?) i trochę poruszać na świeżym powietrzu, na podwórku burym, albo na basenie i w saunie. O tak, sauna się przyda na pewno. Toksyny to coś czego należy się pozbyć. I to jak najszybciej!

Znów zaszyć się pod kocykiem i czytać?

No, to akurat zawsze warto. Wieczne zaległości w czytelnictwie dopadają o każdej porze roku. I znów walka! No bo co wybrać? Nie, inaczej… Co wybrać w pierwszej kolejności?
Mroczny kryminał cały czas na czasie. Ale na snucie podróżnicze już też smak człowieka nachodzi. (ach, ta Australia!). Może jakiś horror? Mhm, może zbyt odważnie? Ale dreszcz emocji nie jest taki zły…

Bo ja wiem? Chyba czas żeby zrobić konkretny balans pomiędzy wypoczynkiem a rozrywką. Przerwą od pracy, od codziennych zadań, rytmu, tempa, dobrego zorganizowania.

Może chodzi o bałagan, chaos, wyluzowanie absolutne. Aż do osiągnięcia do poziomu nudy? Zwinięcia się w kilka warstw kołder, poduszek i kocyków i przespanie tego czasu?
Może właśnie o to chodzi. Teraz. W okresie przejściowym, który chyba nie przypadkiem jest taki w przyrodzie: niedookreślony, trochę nieobecny, w próżni, bez konkretnego celu, wygaszony i spokojny.

Ale skąd w ogóle taki pomysł?

Przecież to nie są wakacje ani urlop. Taka przerwa znikąd. Przerwa konieczna na naładowanie sił. Bo siły już zaraz będą potrzebne, bardziej niż teraz. Dlatego teraz trzeba się o nie postarać, trochę odpocząć, trochę się rozerwać, oczyścić ciało i umysł (bądźmy zen), zanim przyroda porwie nas w wir życia na nowo.

Kiedy to będzie? Jak ten przystanek stanie się przeszłością a słońce będzie częściej świecić. Tyle, że trzeba jeszcze trochę odczekać. No to mamy poczekalnię. Proszę wsiadać, drzwi zamykać i rozkoszować się tym, co aktualnie jest nam dane. Nawet jeśli to tylko coroczne grymaszenie.

Ps Zdecydowałam się jednak na przeczytanie horroru. Już niedługo opiszę czy gatunek się spisał. Zapowiada się dobrze, bo to horror w wydaniu islandzkim – „Pamiętam cię” Yrsa Sigurdardóttir.

CO NA WALENTYNKI?

Usłyszałam dziś rano w tv, że najlepszym prezentem na walentynki są pralinki. No to kupiłam w prezencie dla niego i dla siebie. Bo kto powiedział, że w Walentynki nie można kupić prezentu sobie. Na Święta też sobie kupuję, więc czemu teraz miałoby być inaczej.

Wszystko to robię z umiarem, bo jakoś szczególnie podkręcać komercyjności świąt nie pragnę. Ani maksymalnie się spłukać też nie chcę.

Ale jakiś akcent musi być!

W końcu Walentynki z zasady są dniem radosnym. I teraz powiecie że nie dla wszystkich. A ja nie do końca się Wami zgodzę.

Bo dlaczego właściwie w tym dniu mamy obdarowywać i być mili tylko dla swojej drugiej połówki? Bądźmy mili dla siebie i osób, które lubimy i kochamy albo znamy. A nawet jak nie znamy a spotkamy to też możemy być mili.
Kupmy bliskim jakiś drobiazg, a jak nas nie stać to zróbmy laurkę, wytnijmy serduszko z papieru albo złóżmy nie zobowiązujące życzenia.

Dziś miałam okazję życzyć na przykład Pani w sklepie mniej marudnych klientów ( bo przede mną zakupy robił maruder wszechczasów), i Pani ekspedientka życzenia przyjęła z uśmiechem szczerym i wesołym. I jakoś sympatyczniej od razu.

Więc zamiast wypinać się na komercyjność i kiczowatość Walentynek sprawmy, żebyśmy czuli się w tym dniu dobrze sami ze sobą i z innymi.

Najlepiej mieć dziś przy sobie kilka serduszek z papieru (serio!), uśmiech na twarzy i dobre słowo dla drugiego człowieka. I jak spotkacie na swojej drodze kogoś bardzo smutnego dajcie mu serduszko. To nic nie kosztuje.
A sprawi, że czyjś dzień stanie się weselszy.

Serio!
Mniej spiny, więcej spontanu!

To powodzenia!

Ps Życzę Wam żebyście dzisiejsze Walentynki przeżyli według swoich planów: na romantycznej kolacji, przy winku w domu, oglądając wesołą komedię, dzieląc się sobą nawzajem. Bądźcie szczęśliwi!

TU TEŻ JEST POLSKA ALBO TYLKO TU

WP_20170106_007

Dziś będzie krótko ale na temat.

Polska to piękny kraj. Przynajmniej tak się mówi. Od morza do Tatr. I w sklepie polskim, też, jak polski alkoholik butelki polskie po alkoholu oddaje i o nowe prosi. Butelki. I jeszcze kilka butelek z plecaka wyjmuje, na ladę kładzie. A potem kilka znów. I jeszcze o maskotkę prosi.
Co?
O maskotkę…

Nie wiem ja, nie wie ekspedientka o jaką maskotkę chodzi. W oparach, smogu i polskich alkoholowych wyziewach. Bardzo polskich. Bardzo zamroczonych.
Ten jeszcze o raz maskotkę zieloną prosi. „Takie papierosy Pani poda”
„Ale jakie ?”
„Maskotkie takie”….

I już nie chce mi się stać w polskim sklepie po chleb powszedni. I wychodzę ze sklepu, jego atmosfery dusznej, w pogodę nieprzyjemnie polską. Ale polską przecież.

I brnę w brei do sklepu następnego po chleba bochen. I jaki ten dzień polski narodowy się dla mnie staje. Jak zimnem, smrodem i smogiem do szpiku kości ….

I co to kurwa jest?

Polska nasza. Polaków Polska. Nie trzeba mapy. Bo tu właśnie jest Polska. Poznaję. Bez mapy, GPS-a, kompasu. To tu!
Tu Polska prawdziwa, kochana, zachlana, nieprzytomna, niejarząca, ale …kogo to obchodzi?

A znów mnie to nie przeszkadza. Dzień bez chleba sobie zrobię jak się uprę. Zdrowiej będzie. Bez pustych kalorii tuczących, zapychających i podnoszenia poziomu cukru. Wystarczy, że już ciśnienie mi się podniosło. Na jedno wyjście do polskiego sklepu wystarczy. A ja muszę myśleć pozytywnie. I realizować plany.

Plan na dziś – nie mam chleba, nie jem chleba.
A na jutro?……………….

Polska to realne kształty, widoki, zapachy i emocje. Dzielimy się tym z innymi, którzy mają do tych kształtów, widoków czy emocji równe prawa.
Może tylko inne potrzeby.

Musimy sobie z tym dać radę. Bo przecież to jest właśnie Polska. Taką kochać mamy.

Ps

I mam jeszcze takie pytanie:

Czy Zenek Martyniuk nie mógł by śpiewać na San Escobar zamiast na okrągło u moich sąsiadów ?

PRZEPIS NA OBIAD DLA ZAPRACOWANYCH

WP_20170111_019

Dziś coś na szybko. Szybko zrobić a zjeść już we własnym tempie. No dobra. Jeśli mamy na gotowanie tylko 15 minut, to też zdążymy. Musicie mieć w domu kilka produktów:
Ziemniaki
Filet kurczaka
Fasolkę szparagową (o tej porze roku mrożoną)
Warzywa w słupkach

WP_20170111_003

Na ogół to danie robię z białym ryżem. Ale dziś miałam straszną ochotę na ziemniaki. Może wzrosło mi zapotrzebowanie na potas i magnez, albo witaminy z grupy B?

Ziemniaki gotuję w skórkach. W całości. Bo takie są lepsze. Przynajmniej ja tak uważam. A poza tym mają podobno o wiele więcej wartości niż obrane.

No to gotujemy

Fasolka na rozgrzaną patelnię z odrobiną oleju. Smażymy mieszając. Dodajemy warzywa w słupkach do smaku. Smażymy mieszając. Następnie wrzucamy pokrojoną pierś z kurczaka. Smażymy ok. 10 minut. Dodajemy sól, pieprz, trochę słodkiej papryki. I potrawa jest gotowa.

WP_20170111_006

WP_20170111_011

Nakładamy na talerz razem z pokrojonymi ziemniakami w mundurkach.

Zabiegany styl życia, praca, obowiązki wymagają od nas upraszczania posiłków, co nie znaczy, ze mamy jeść niezdrowo i niesmacznie. Jeśli ktoś lubi jeść dobrze, zdrowo i przede wszystkim wiedząc co je, znajdzie czas na kulinaria. W końcu to tylko 15 minut.

WP_20170111_015

TO MOŻE BYĆ DOBRA ZMIANA

Góra

Przeczytałam ostatnio wiele postów na temat postanowień, celów i planów noworocznych. Dużo postanawiacie w kwestiach żywnościowych, szczególnie jeśli chodzi o wprowadzanie zmian, które doprowadzić mają do oczyszczenia organizmu albo odchudzenia.

Poza tym chcecie modelować swoje ciała przez regularnie prowadzone treningi.
I słusznie. Każdy chce być piękny młody. No i oczywiście bogaty.
A przysłowie mówi: Trzeba mieć marzenia.

Mam na osiedlu koleżanki, które rok temu wychwalały swoich trenerów i niskokaloryczne żarcie. Właśnie rok temu, o tej samej porze. Już szły na basen, już trenowały aerobik, już kupowały nowe ciuchy i sprzęty do ćwiczeń.
Nie układało im się jednak ani czasowo, ani motywacyjnie, i na drodze stawały im ciągle przeszkody nie do pokonania. I tak każdego dnia w porze treningu ich na treningu nie było a o kupowaniu pączków i ciastek codziennie jakoś nie zapominały.

Ale wiadomo, pamięć jest wybiórcza a postanowienia noworoczne robi się co roku, więc zawsze jest szansa, że w przyszłym coś z tego wyjdzie i marzenia o pięknej, smukłej sylwetce się ziszczą.

Ale ja się koleżankom nie dziwię.

Trudno nabywane przez lata nawyki zmienić w ciągu kilku dni, wyłącznie dlatego, że rozpoczął się nowy rok. Bo on rozpoczął się dla wszystkich. Nie jest to więc takie indywidualne i nie dotyczy tylko i wyłącznie ciebie.
Ta zmiana ma charakter globalny. Nie wynika z wewnętrznej potrzeby tylko potrzeby wymuszonej przez sytuację. Więc to jest raczej tak, że muszę coś zmienić, bo inni też będą wżycie wprowadzać zmiany.

No i po kilku dniach po nowych nawykach zostaje tylko wspomnienie, albo wręcz czarna dziura niepamięci. A my żyjemy dalej po swojemu. Tak, jak nam wygodnie.

I jeśli jest nam z tym dobrze, nasze otoczenie, zdrowie ani związek na tym nie ucierpi to właściwie możemy sobie z tymi starymi nawykami bez wprowadzonych w życie postanowień pozostać.

Inaczej jednak wygląda sprawa jeśli postanowienia noworoczne były dawno odkładanymi przedsięwzięciami lub koniecznością zmian na przykład żywieniowych czy ruchowych, które nakazał nam lekarz.

W tym wypadku to już nie jest sprawa o zasięgu globalnym ale nasze życie. I musimy o nie zadbać. Nie oddalając tego zanadto w czasie, żeby potem nie było za późno.

Bo to jest tak, jak napisałam na początku, jeśli czuję, że się przeżarłam mięsem to muszę odpuścić takie jedzenie na jakiś czas. Bo mi nie służy. I muszę to zrobić wtedy kiedy się przejadłam, a nie za rok. No sami pomyślcie.
I to jest moja motywacja. I w tym cały ambaras żeby znaleźć w sobie odpowiednią motywację.

No właśnie, ale jak to zrobić?

Pewnie łatwiej kiedy mamy bardzo konkretnie ustalony cel. I działamy tak, aby go zrealizować, bo realizacja jest konieczna.

W lepszej sytuacji motywacyjnej będzie na przykład aktorka, która ma zagrać wymarzoną rolę u ulubionego reżysera i dostać za to milion dolarów.
Jest motywacja? I to jaka!

Ale też na pewien określony czas. Bo jak zadanie zostanie wykonane nie trzeba będzie się już tak poważnie motywować. No chyba, że pojawi się nowa rola.

Ale tak na poważnie, chcę przez to powiedzieć, że aby dokonać dobrej dla siebie zmiany i być w tym konsekwentnym trzeba naprawdę mieć odpowiedni cel i być bardzo zmotywowanym.
I to chyba jest najtrudniejsze dla przeciętnego zjadacza chleba.

No chyba, że zechce się wam spojrzeć na siebie w lustrze. Tak przez dłuższą chwilę, obiektywnie, na spokojnie.
Kto wie? Może silna motywacja od razu się znajdzie…i to bardzo silna.

Może już czas na dobrą zmianę?